Przypowieści o transformacji

Day Zero

Inflacja, zerwane łańcuchy dostaw i susza. Taka jest ta wiosna, choć wiele osób zdaje się tego nie zauważać, zanurzonych w swoich planach i iluzorycznej kontroli nad projektami. Tymczasem jak u Miłosza staje się już, jak u Eliota not with a bang but with a whimper, bo najwyraźniej poeci pamiętają również w przód. Mała jest w nas świadomość tego, jak bardzo skomplikowane i złożone procesy odpowiadają za produkcję właściwie czegokolwiek w zglobalizowanym świecie, co dobrze uwidacznia choćby opisany w „Gazecie.pl” przypadek drożejącego papieru.

Jeśli idzie o suszę to świetnie i profesjonalnie śledzi ją profil Świat wody, który donosi, że w wielu regionach jesteśmy poniżej 50% normy opadów na maj. Już kilkanaście gmin w Polsce ogłosiło apel lub zakaz użycia wody wodociągowej do celów innych niż bytowe. Aktualizowaną na bieżąco mapę z regionami objętymi takimi zakazami można znaleźć tutaj. Niestety przyda się w kolejnych miesiącach. Hydrolodzy zwracają uwagę, że susza w Polsce trwa już właściwie permanentnie od 7 lat, co na razie odczuwają przede wszystkim regiony rolnicze, ale i miasta, jak Aleksandrów Łódzki, które doświadczyły już krótkookresowo sytuacji „suchego kranu”.

To jest ten moment, kiedy powinniśmy sobie uświadomić, że używanie czystej, pitnej wody do zalewania kibla jest luksusową dewiacją, której niebawem wszyscy będziemy musieli się pozbyć. Dla osób anglojęzycznych podrzucam ku refleksji przypadek Kapsztadu, który mierzył się z zagrożeniem dojścia do dna (używając niezręcznej metafory) zasobu wodnego dla miasta w 2018 roku:

How Cape Town’s Residents Are Surviving the Water Crisis—For Now | National Geographic

Day Zero: how Cape Town stopped the taps running dry

Także drogie mieszczuchy – kupujcie dodatkowe wiaderka do łazienki. Cieszmy się z każdej kropli deszczu i nie marudźmy przy prognozach pogody na urlop.

Zwykły wpis
na marginesie, reportaż

Deziluzje – (dosyć osobisty) wpis o wojnie

Jest taka scena w filmie dokumentalnym Marcela Ophulsa Veillées d’armes (The Troubles We’ve Seen: A History of Journalism in Wartime), w której – o ile dobrze to zapamiętałam – lekarz wspominający wojnę w Jugosławii nie jest w stanie odpowiedzieć na kolejne pytanie o tym, co widział i czego doświadczył i zaczyna nucić – Nobody knows the trouble I’ve seen, nobody knows but Jesus… Często ostatnio wracam do niej myślami.

Kiedy zabierałam się do pisania Przypowieści o transformacji miałam zamiar sygnalizować w książce szerszy kontekst światowy poza Polską, która – przy całym wewnętrznym chaosie, nierównościach, wszystkich trudnych, a nawet traumatycznych doświadczeniach, które mam opisywać w Przypowieściach – wylądowała w uprzywilejowanej części globalnego podziału. Na ścianie mojego pokoju rozkleiłam sznurek i fiszki – kalendarium stworzone na bazie wypisanych z tablic historycznych wojen i konfliktów zbrojnych od 1989 r. Mieszkałam z tą instalacją przez kilka miesięcy, aż wreszcie stwierdziłam, że jednak nie daję rady codziennie na nią patrzeć i bezładnie przełożyłam fiszki do segregatora. Otwieram go teraz i myślę – to są wszystkie dekady mojego życia.

​Zawsze bardzo przeżywałam wojny. Nie wiem, skąd mi się to wzięło. Może z tego, że Jugosławia była w telewizorze, kiedy byłam dzieckiem (a byłam jednym z tych dzieci, które zapamiętują nie to, co służy ich psychice i międlą to potem w koszmarach), a może raczej z dziedzictwa prababki Stanisławy i powstania warszawskiego. W nastoletnim pamiętniczku w kwiatki mam zanotowane daty inwazji na Irak. Teraz po raz pierwszy od tamtego czasu mam znów pamiętnik w kwiatki i zanotowałam w nim nowy etap inwazji na Ukrainę. Kiedy tworzyłam słownik do Alei Włókniarek i opisywałam wspaniałe sploty tkanin, które przywędrowały do Europy z Bliskiego Wschodu, bombardowane było ich „rodzime” syryjskie Aleppo. Pamiętam, kiedy dotarło to do mnie w czytelni naukowej Biblioteki im. Piłsudskiego w Łodzi.

Gapimy się na kolejne zdjęcia kolejnych zburzonych dzielnic i jak mantrę powtarzamy: wygląda jak Warszawa w 1945. Znamy jej widok ze zdjęć. Życie bez wojny jest przywilejem – o tym miało komfort zapomnieć moje pokolenie wychowane w tej naszej pięknej, wiosną kwitnącej, pełnej bólu, wstydu i aspiracji, polskiej ziemi.

W czasach mojego pierwszego pamiętniczka w kwiatki chciałam zostać reporterką wojenną. Nie wiem, dlaczego wydawało mi się, że byłabym w stanie to psychicznie udźwignąć (tak naprawdę wiem, ale nie opowiem). Było w tym na pewno sporo poczucia misji, ale – nie ukrywajmy – była to też ambicja przesiąknięta nieuświadomioną hipokryzją krajów uprzywilejowanych (świetnie zresztą pokazaną we wspomnianym filmie Ophulsa). Bo przecież nigdy, przenigdy, nie chciałam żeby w moim kraju była wojna. Wojna to miało być to doświadczenie, które relacjonuje się skądś, skądinąd, z daleka. A potem wraca się do bezpiecznego domu.

Czytaj dalej
Zwykły wpis
Post-Industralia, Przypowieści o transformacji

Częstochowa dla ludzi pracy

Co prawda idzie już sezon na szparagi, ale w ramach wcześniej wspomnianych porządków wyciągnęłam jeszcze notatkę z sezonu na grzyby, czyli wrześniowej wizyty w Częstochowie, gdzie przybyła pielgrzymka ludzi pracy organizowana przez NSZZ Solidarność, aby w siąpiacym, zimnym deszczu zawierzyć w opiekę Matce Boskiej siebie i ojczyznę.

*

XXXIX Pielgrzymka Ludzi Pracy na Jasną Górę, 18-19 września 2021.

Na wstępie zaznaczę, że w swojej ówczesnej kondycji zdecydowanie nie dorównywałam uczestnikom (a zwłaszcza uczestniczkom) pielgrzymki, którzy – mimo trudnych warunków pogodowych – po wzięciu udziału w większości punktów programu mieli jeszcze siłę na wieczorne życie towarzyskie (pełen program tutaj). Toteż skupiłam się na wybranych wydarzeniach religijnych odbywających się na Wałach Jasnogórskich (obok tajemniczej dla mnie inicjatywy pod tytułem „Oblężenie Mężczyzn”).

Podczas wieczornej mszy pierwszego dnia pielgrzymki biskup Jeż (w dość rozlazłej gimnastyce retorycznej) połączył w swoim kazaniu losy Antygony, ojca Kolbego, ojca Popiełuszki, internowanych w stanie wojennym oraz wszystkich osób po prostu zmagających się dziś z codziennością. To ostatnie określił mianem „białego męczeństwa” (pod naciskiem bezbożnych), w którym trudniejsze od heroicznej śmierci jest po prostu trwanie w życiu i powziętych przyrzeczeniach. Na końcu kazania, przez pasaż z Norwida (wyjęty z Jana Pawła II), dobrnął wreszcie do pracy, choć w opcji dla uprzywilejowanych:
„piękno na to jest by zachwycało do pracy, a praca by się zmartwychwstała”, a „ostateczny sens pracy polega na tym, że człowiek przemienia sam siebie”. Nasza praca – mówił – przyczynia się do tworzenia świata, jest szkołą cnót osobistych i społecznych, buduje godność, łączy ludzi, tworzy naród. Wniósł też intencje o zachowanie miejsc pracy, o wzmocnienie etosu pracy, o sprawiedliwość społeczną i ustanie pandemii, przez którą wiele ludzi na świecie straciło możliwość utrzymywania siebie i swoich bliskich. Drugiego dnia odbyła się msza w intencji pracowników Inspekcji Pracy. Obok w karetce dyżurowali ratownicy medyczni i zastanawiałam się czy i kiedy złożą swoje wymówienia. Trwał wtedy ogólnopolski strajk pracowników ochrony zdrowia, którzy często zatrudniani są wyłącznie na umowach zlecenie i należą już do zupełnie innego „świata pracy” niż dawni etatowcy z Solidarności.

Te oficjalne msze miały podobną cechę do tej, którą opisywałam w poście o dożynkach wojewódzkich – rozmaici oficjele witani byli z imienia i nazwiska (garnitury, kwiaty, ornaty, uściski dłoni), natomiast „ludzie pracy” na ogół wymieniani byli na końcu tych serii, ogólnie, bezimiennie.

W ciągu dnia wokół pielgrzymujących krążyły nieśmiało osoby w kryzysie biedy i/lub bezdomności z prośbą o wsparcie. Mnie zaczepił pan, który ma 800 złotych emerytury i szósty miesiąc czeka na badanie kręgosłupa. Opowiedział, że jak kręcili pod Jasną Górą „Potop” to brakowało śniegu i Hoffman kazał rozsypać w parku naftalinę, której smród falował długo w okolicy, a potem o tym, jak to się stało, że po kilku dekadach pracy jako strażak w zakładzie przemysłowym, skończył z tymi ośmioma stówami na miesiąc i bardzo krępującą dla niego koniecznością proszenia obcych ludzi o pomoc. Tymczasem niezwykle radośni klerycy śpiewali do Ducha Świętego „bądź jak ogień w moim ciele, bądź jak ogień w duszy mej, rozpal mnie”.

Nad horyzontem miasta oprócz iglicy jasnogórskiego kościoła górują wciąż jeszcze pofabryczne kominy, choć fabryki już zamknięte, przeznaczone pod wyburzenie, może na galerie handlowe. Aleja Najświętszej Marii Panny usiana jest (gęsto i kosmopolityczne) sushi, kebabami, pierogami i pizzą, a na lokalnym ryneczku można jesienią kupić miechunkę i świeżutkie rydze.

Przed wyjazdem wybrałam się na spacer w kierunku dawnych Częstochowskich Zakładów Przemysłu Wełnianego Elanex. To pokaźny, zabytkowy kompleks fabryczny z przełomu XIX i XX wieku, założony przez francuskich przedsiębiorców z Lyonu, otoczony budynkami mieszkalnymi. Zakłady przestały działać na początku XXI wieku, upadając pod ciężarem kryzysu w przemyśle lekkim. Obecnie można tam znaleźć pionierskie brzozy wyrastające spomiędzy cegieł, firmy wynajmujące pofabryczną przestrzeń, a także schronisko św. Brata Alberta (więcej o tej historii tutaj).

Natomiast w okolicznych murach, pomiędzy napisami rozmaitej treści, można napotkać takie perełki, jak odciski skamielin z zupełnie innych tysiącleci życia na tej Ziemi.

Zwykły wpis
Przypowieści o transformacji

Dożynki, czyli granica drugiego świata

W ramach weekendowych porządków i autoterapeutycznej krzątaniny wyciągnęłam materiały zebrane podczas sierpniowych dożynek wojewódzkich w Rogowie. Poniższa notatka jest więc sporo spóźniona, ale za to multimedialna.


*

22 sierpnia 2021, dożynki województwa łódzkiego.

W dniu dożynek wojewódzkich Rogów miał płoty ustrojone bukietami z pszenicy, kukurydzy i nawłoci, gdzieniegdzie poustawiano płotki z wiotkich brzozowych gałązek. Obchody otwierała msza święta prowadzona przez arcybiskupa Rysia, który nawoływał: „Z tej samej miłości, z której zrodziła się wasza praca niech zrodzi się nasza modlitwa”.

Co uderzające, zarówno podczas mszy, jak i świeckiego otwarcia obchodów, z imienia i nazwiska wyliczani byli zaproszeni posłowie, senatorowie, oficerowie, wojewodowie, przewodniczący, radni, starości, prezydenci, wójtowie i burmistrzowie. Natomiast rolnicy wymieniani byli zawsze na końcu, zbiorowo i bezimiennie. Zresztą ta świecka i najbardziej polityczna część została zignorowana przez większość uczestniczek i uczestników mszy, którzy zaczęli masowo odpływać ku muzyce, jedzeniu i konkursowi orki.

Pachniały chleb, miód i śmietana. Osy krążyły nad drożdżówkami z kruszonką i stoiskami z watą cukrową. Było mnóstwo plastiku, trochę rękodzieła, militaria i mobilny punkt szczepień na covid, nieprzerwany strumień ludzi ciągnął się między stoiskami i dwiema scenami. Zaprawdę warto było w liceum jeździć na Przystanek Woodstock żeby przygotować się na to doświadczenie.

Drugą najbardziej uderzającą (mnie przynajmniej) kwestią była aranżacja scen. Zespoły ludowe ginęły wizualnie i dźwiękowo na dużej scenie głównej z telebimami i szeregami głośników oczekujących na wieczorne występy Cugowskiego i Zakopower. Mężczyźni z bębnami w wysokich kozakach i dziewczyny ze skrzypcami w tradycyjnych regionalnych, wełnianych spódnicach w pasy (pot spływał im po twarzach strumieniami) grali transowe oberki, których rytm jakoś nie wydawał się dotykać dusz wśród publiczności ustawionej sztywno przy barierkach. Z rzadka tylko ktoś potupywał nóżką. W muzyce ludowej taniec wydarza się, kiedy muzycy są blisko.

Sceny otoczone były rzędami namiotów Kół Gospodyń Wiejskich, w których gęsto i obficie wystawiono przysmaki biorące udział w konkursie: prażuchy z zsiadłym mlekiem, zupa porowa z pulpetami, kaczka faszerowana podawana z nadziewana cebula, kartoflanka, pyzy ziemniaczane okraszane, paszteciki z soczewicą, swojski barszczyk z kotlecikami z ryżu i chleba, zupa grzybowa z kluseczkami, kluski żelazne ze smażonką, kapusta duszona, zupa chrzanowa, zalewajka, czernina z łazankami, sery łowickie, sernik z obsadzonego mleka (cokolwiek to jest), sernik z malinami, drożdżówki ze śliwkami i wiśniami, jabłecznik, ambrozja drobiowa z przecierkami w sosie żurawinowym, placki i pączki ziemniaczane, pierogi pieczone i barszcz, cepeliny z kapustą zasmażaną, świeżonka, chłodnik, kaszanka, zupa grzybowa, kluseczki na parze z jagodami, karp faszerowany, rogaliki, kapusta z grochem, makiełki, zupa krem z dyni, cała paleta twarożków, plyndze z sosem kurkowym, kotlety z kapusty białej, sałatka z tuńczykiem, gulasz z kurkami, tort czekoladowy, kutia, ciasto ze śliwkami na maślance, gołąbki, zupa grzybowa z kaszą po łowicku. Uff.

Kiedy czekałam na pociąg regionalny, który tego dnia kursował bezpłatnie między Łodzią a Rogowem, dwie starsze kobiety obok mnie rozmawiały o Afganistanie, Kabulu, talibach i ubezwłasnowolnieniu kobiet (a także o tym, jak bardzo zmęczone są stylem polskiej debaty publicznej). To był czas, kiedy na granicy z Białorusią przetrzymywano uchodźców, między innymi z rzeczonego Afganistanu, i od kilku dni odmawiano im pomocy prawnej czy nawet medycznej. Straż graniczna nie przepuściła nawet osób, które chciały dostarczyć im żywność.

Nagranie terenowe, w kolejności: msza, ofiarowanie darów, pochód dożynkowy ze zwycięskim wieńcem, występy zespołów ludowych na dużej scenie. Materiał archiwalny.

Zwykły wpis
warsztaty pisarskie

Uløya

Z zasady unikam: latania samolotami, niebezpiecznie oblodzonych ścieżek oraz zajęć wymagających przebywania przez kilka dni w ograniczonej przestrzeni wyłącznie z pisarzami. W tym roku złamałam wszystkie te zasady w związku z Nagrodą Identitas. Byłam jedną z sześciu osób, które w ramach nominacji do nagrody odbyły tygodniowe warsztaty w odludnej bazie na norweskiej wyspie Uløya, tuż pod biegunem północnym. Wśród nominowanych byli także: Michał Gołębiowski, Tomasz Grzywaczewski (laureat), Łukasz Kozak, Alicja Rosé oraz Tomasz Stefanek (Alicja Rosé nie mogła wziąć udziału w wyjeździe). Całe doświadczenie było tym bardziej abstrakcyjne, że wciąż na bieżąco śledziliśmy wojenne wydarzenia w Ukrainie.

Bezpośrednim efektem warsztatów prowadzonych przez Andrzeja Marca pt. „Powrót do rzeczy samych w sobie (bez maski)” jest krótki tekst, który zamieszczam poniżej (ostatnio tworzę tylko skarlałe formy literackie).

Zdjęcia są w stanie surowym, bez edycji i bez filtrów. Światło na Uløi, a co za tym idzie kolory, zmieniają się z minuty na minutę. Dźwięk, również niemontowany, zarejestrowany został przy brzegu wyspy.

Warsztaty w Arktyce
14.03.2022-20.03.2022

Dziewiętnastego dnia wojny dotarliśmy na Uløyę.
Można tu znaleźć: śnieg, bardzo zimną wodę, lodowce, fiordy, góry.

Góry, lodowce i fiordy są masywne i stawiają opór poznawczy.
Nie są strategicznym celem bombardowania.
Zdają się milczeć w naszą stronę: nie jesteście czymkolwiek istotnym.

*

Ćwiczenie: wyobraź sobie, że jesteś fiordem.

*

Można tu znaleźć również lokalny, wędrowny lud Sámi.
Saamowie bywali tu zanim była tu Norwegia.
Potrafią hodować, pielęgnować i zarzynać renifery, a także kastrować je zębami.

Nie dowiedziałam się tego od Saamów, tylko od współ-rezydentów i internetu, bo jedynym wspólnym językiem, który mam z Saamami jest milczenie.

Tradycyjne pieśni ludu Sámi brzmią jak rytmiczne i monotonne zaklinanie rzeczywistości.
A czasem brzmią jak wiatr.

Za Wikipedią: A characteristic feature of Sámi musical tradition is the singing of joik. Joiks are song-chants and are traditionally sung a cappella, usually sung slowly and deep in the throat with apparent emotional content of sorrow or anger.

Według animistycznych wierzeń ludu Sámi każdy obiekt, wszystko, co istnieje, ma swoje życie i ducha.

*

Dwudziestego pierwszego dnia wojny poszliśmy na spacer wzdłuż wybrzeża.
Szliśmy powoli po zamarzniętym śniegu i łachach zimozielonych roślin.
Rozdeptywaliśmy ciemnofioletowe jagody i nieznane nam z nazwy porosty.
Chłopcy przynosili mi puste muszle i skorupy jeżowców wydziobanych przez ptaki.

*

Wodorosty oblepiające kamienie na brzegu wyspy przypominają macki Cthulhu.

*

Dwudziestego pierwszego i dwudziestego drugiego dnia wojny chłopcy popłynęli na ryby, ale nie chcieli ich potem oprawiać.
To złamanie podstawowych reguł, których nauczył mnie ojczym.
Kto złowi rybę musi samodzielnie ją zamordować i oprawić. Wyjąć wnętrzności: serce, gonady, żołądek, pęcherz pławny, trzustkę, wątrobę, jelita, odbyt. Opłukać z krwi, oskrobać z łusek.
Takie są zasady.
Z łowienia ryb z ojczymem pamiętam jeszcze milczenie.
Milczeliśmy, bo lubimy być razem w milczeniu.
Milczeliśmy, bo nigdy nie nauczyliśmy się ze sobą rozmawiać.

*

17 marca 2022 roku, dwudziestego drugiego dnia wojny, algorytm Facebooka przypomniał mi, że 17 marca 2016 roku (z nieznanych mi dzisiaj przyczyn) cytowałam fragment książki „Kamień na kamieniu” Wiesława Myśliwskiego.

O, niejeden dzień, niejedną noc można by przegadać. Gdyby nawet się nie chciało, to od czego są słowa? Słowa same poprowadzą. Słowa wszystko na wierzch wywleką. Słowa i z najgłębszej głębi wydrą, co gdzieś boli i skowycze. Słowa krwi upuszczą i od razu lżej się robi. […] Bo słowa to wielka łaska. Cóż ma tak naprawdę człowiek więcej prócz słów dane? I tak nas wszystkich czeka kiedyś wielkie milczenie, to się jeszcze namilczymy. Może przyjdzie nam ściany z bólu drapać za najmarniejszym słowem. I każdego słowa niewypowiedzianego na tym świecie do siebie będziemy jak grzechów żałować. Tylko że będzie za późno. A ileż takich słów niewypowiedzianych zostaje w każdym człowieku i umiera razem z nim, i gnije z nim, i ani mu potem w cierpieniu nie służy, ani w pamięci. To po co jeszcze sami sobie zadajemy milczenie?

*

Ćwiczenie: wyobraź sobie, że na każde słowo, którego używasz trzeba nalepić znaczek pocztowy z Norwegii.

Nagranie terenowe pt. „Wyspa Uløya kiedy nie ma na niej chłopców, bo popłynęli na ryby”.

Zwykły wpis
Aleja Włókniarek, archiwistyka społeczna, historie mówione, moje archiwum

Mała przypowieść o czerwonym sweterku

Krótka refleksja na bazie doświadczenia pracy ze zbieraniem historii mówionych.

W opowieściach często wracają motywy, które skłonni jesteście ignorować – anegdotki, elementy pozornie trywialne. Bywacie rozbawieni, zaniepokojeni, albo już trochę zmęczeni. Może nawet ignorujecie te opowieści, bo oczekiwania wobec wywiadu były inne. Zatrzymajcie się przy nich na chwilę, obejrzyjcie z różnych stron, sprawdźcie czy pod spodem nie ma większej historii.

Trauma często nie może zostać opowiedziana, dlatego pamięć wykorzystuje symbole maskujące, metafory dla trudnych doświadczeń, albo wręcz przeciwnie – dany motyw, który się powtarza jest próbą przeciwstawienia się zniszczeniu, konstruktywnego buntu, budowania świata wokół tego, czego akurat można się chwycić. Tak jak kredens w opowieści Heleny z początku rozdziału Chór przodownic pracy w Alei Włókniarek.

Warto rozwijać uważność na takie niuanse, ale nie interpretować ich według z góry założonych schematów. Jak pisał Jung: przyjmując pozycję obserwatora zawsze należy pamiętać, że ocalali z traumy są kimś więcej niż sumą własnych zranień *.

Każdy symbol ma znaczenie indywidualne i powinien być interpretowany w kontekście danej historii. Na przykład dla mnie czerwony sweter zawsze oznaczał płaszcz ochronny, talizman pewności siebie, próbę wchodzenia w lepsze czasy (lub przynajmniej trzymania się ich wspomnienia). W przeciwieństwie do Marii, której drugowojenna opowieść również zawarta jest rozdziale Chór przodownic pracy:

​Maria najmocniej zapamiętała historię ze sweterkiem. Mały dramat rozpisany na kilka postaci (ona, zbolała matka, pazerna babka i pijany niemiecki żołnierz) oraz rzeczy (sweterek, ciężkie żołnierskie buty, garść grochu i marchew, która wdeptana w śnieg, wyglądała jak krew). Poza tym zapamiętała jeszcze dziury w mundurach radzieckich żołnierzy. Maria to nie jest jej prawdziwe imię, brakuje jej danych, więc roboczo nazwałam ją popularnym wtedy imieniem. Po ukończeniu trzynastego roku życia dostała nakaz pracy w zakładzie konfekcyjnym Wartheland. W chwilach wolnych od szycia nieletnie pracownice angażowano tam do prucia żołnierskich mundurów przysyłanych z frontu. Odzyskany materiał po przerobieniu i przefarbowaniu na czarno wykorzystywała niemiecka organizacja Todt. „Mundury miały ślady kul, co robiło na nas silne wrażenie, dotykałyśmy ich z czcią, wiedząc, że niejedno życie w nich wygasło”​.

Dla Marii sweterek również miał pozytywne znaczenie, ale – w mojej interpretacji, musicie mi wierzyć na słowo – stał się symbolem dzieciństwa zabranego przez wojnę.

​To szczególnie​ ważne przy opowieściach kobiet, w których życie codzienne, wytrwałe trwanie w codzienności, często dominuje nad heroicznymi przygodami, które można znaleźć w opowieściach męskich. To po prostu inny sposób, inny wzorzec snucia historii.​ ​

W opowieści ważne jest także milczenie. Pewnych rzeczy nie da się zrozumieć bez patrzenia na rozmówczynię i wyczuwania jej energii. Ludzkich neuronów na dłuższą metę nie da się oszukać kontaktami zdalnymi, o czym przekonaliśmy się podczas pandemii. Nic nie zastąpi spotkania na żywo. (Już nie tak nowe) technologie dają nam wspaniałe możliwości, ale zdalne rozmowy zawsze na dłuższą metę okazują się po prostu męczące i nie dające szansy na pogłębione zrozumienie drugiej osoby.

Jeśli ktoś jednak docelowo wybiera pracę wyłącznie z archiwaliami, może skorzystać z mikroporadnika Jak pracować z martwymi kobietami, który opublikowałam w listopadzie 2018 roku TUTAJ.

*Psychologia a religia zachodu i wschodu, tłum. R. Reszke, Warszawa 2015, za: Ursula Wirtz, Umieranie i stawanie się. Transformacyjna moc traumy, tłum. T. J. Jasiński, Czeladź 2021.

Zwykły wpis
na marginesie, Przypowieści o transformacji

to w niej tkwi nałóg

Już od prawie dekady robię kwerendę w Polskiej Kronice Filmowej oraz późniejszych post-PKF-owych notacjach i co jakiś czas jest to zupełnie nowa przygoda, bo w tle potyczek archiwistycznych toczą się rozgrywki prywatyzacji i praw autorskich, znikających i powstających stron internetowych z katalogami, tworzonych i likwidowanych instytucji, zbiorów przekazywanych do innych instytucji, które twierdzą, że ich nie mają etc. etc. etc. Natomiast samo doświadczenie oglądania odcinków z lat 90. pozostaje niezmiennie wciągające i przez lata zastępowało mi wszystkie platformy streamingowe razem wzięte.

I tak na przykład w nr 8 z 1993 roku mamy sejmowe przepychanki budżetowe („budżet złudnych obietnic i destabilizacji”) oraz niszczenie grobów (również wciąż u nas aktualne, choć dzisiaj w trendach są raczej pożydowskie). Zaraz po tych politycznych i dramatycznych materiałach, a przed rozdziałem „Czar kabla” („ja jestem człowiek wolny i ja chcę to co chcę znaleźć”), następuje czysto poetycka notacja, w której ścieżka dźwiękowa seansu hipnotycznego poświęconego rzucaniu palenia podłożona jest pod wyłapane w przestrzeni miast reklamy znanych marek papierosowych – czyli ten upragniony kolor, który wdzierał się w awangardzie kapitalizmu na szare po-PRL-owskie mury – obok (niezbyt wesołych, ale wciąż szukających nadziei) twarzy palących obywateli i obywatelek III RP.

Proszę się odprężyć

Całe ciało w pełnym luzie

Będzie pani relaksować poszczególne części ciała

Zaczynamy od głowy

Odpręża pani czoło

Czoło jest odprężone

Zrelaksowane

Odpręża pani teraz mięśnie policzków i mięśnie ust

Zęby są niezaciśnięte

Zaciśnięte zęby powodują

naprężenie mięśni w pozostałych częściach ciała

W okolicy serca, pod mostkiem, robi się ciepło

Ciepło rozchodzi się po barkach

Wchodzi do barku prawego i barku lewego

Odpręża pani teraz lewe ramię

Obie ręce, klatka piersiowa, są odprężone

Odprężenie schodzi w dół

Niech pani sobie wyobrazi, że jest pani

w bardzo pięknej okolicy

Jest tam świeże powietrze, piękna pogoda

Tak jest tam pani dobrze, że nie chce się pani

nic

A przede wszystkim nie chce się pani palić

Papierosy są zupełnie obojętnie

Absolutnie obojętne

W procesie palenia papierosów bierze przede wszystkim

udział pani podświadomość

To ona jest siedliskiem pani przyzwyczajenia

To w niej tkwi pani nałóg

Zwykły wpis
Przypowieści o transformacji, warsztaty pisarskie

CK Zamek – Postscriptum

Po miesiącu spędzonym w Centrum Kultury Zamek w Poznaniu pozostała notka o tej niezwykłej budowli, stworzona w ramach warsztatów pisarskich, które tam prowadziłam, oraz nagranie rozmowy z Martyną Nicińską z cyklu „Zamieniam się w słuch” (poniżej). Do Poznania wrócę jeszcze na spotkanie autorskie prawdopodobnie w styczniu 2022 r.

Zamek

Zamieszkałam w znacjonalizowanym, poniemieckim i pocesarskim zamku, na poddaszu z widokiem na kolumnady Collegium Maius i pegaza na portyku Teatru Wielkiego. Codziennie kilka razy schodzę z wieży i wspinam się na sam szczyt baszty po wąskich, krętych schodach, którymi kiedyś przemieszczała się tylko służba. Na poddaszu pachnie starym drewnem i jedzeniem, bo w piwnicy jest restauracja, słychać dzwony kościoła, dalekie głosy i kroki ludzi, stukanie tramwajów przy ulicy Fredry, czasem chóry chłopców krzyczących, że “jebać policję”.

Dachy przystanków, które widzę z okna pokoju są zielone mchem. Podłogi trochę skrzypią, w rurach coś szumi, grzejniki śpiewają wypuszczając powietrze zaworami, a ściany w kuchni są delikatnie spękane, bo mury wciąż pracują. Drżeniem niosą basy muzyki z niższych pięter i rotacje wirującej pralki.

Zawsze, kiedy wcześniej przyjeżdżałam do Poznania, ten zamek wydawał mi się jakąś bryłą niemal kosmiczną. I miałam rację. Tutaj na każdym kroku zakrzywia się czasoprzestrzeń. W marmurowych podłogach odciśnięte są prawieczne amonity, mieszkalne gabinety wciąż pachną drewnem pociętym dziesiątki lat temu, a kiedy idzie się przez korytarz w stukających butach, echo przeszywa grozą i przywodzi na myśl wszystkie obejrzane filmy o hitlerowskich oficerach, co jest wysoce adekwatnym skojarzeniem, biorąc pod uwagę, że mieszkał tu namiestnik III Rzeszy, a wystrój dostosowano do gustu Fürera. Tymczasem bryły piaskowca trwają (choć sztucznie ociosane i podziurawione kulami przez Armię Czerwoną), drwiąc sobie z tych historycznych drgawek. Wszystko jest ogromne i wszyscy nieustannie błądzą.

Powiadają, że tu straszą duchy nazistów. Jednego z nich powiesili na oczach ludności Poznania 21 lipca ‘46 roku (dokładnie 41 lat przed datą moich urodzin). Pytają (może przez te moje białe koszule), czy ja też będę tu straszyć.
Nazistów?
Bardzo chętnie.

Zastanawiam się często, skąd przyjechał cały ten marmur i z czego biorą się w nim różowe i białe żyłki. I czy kamieniarze cierpieli – tak jak ja – na zespół cieśni nadgarstków w ramach choroby zawodowej. Miły pan z audioprzewodnika szepce mi do ucha aksamitnym głosem, że marmur i stiuk, użyty jako imitacja marmuru do naprawy powojennych zniszczeń, mają w dotyku inną temperaturę. I rzeczywiście – czuć to pod palcami. Narodowosocjalistyczne kinkiety – opowiada dalej – mają przypominać pochodnie. Nad przejściami do kolejnych pomieszczeń i korytarzy siedzą zamrożeni w płaskorzeźbach nadzy mężczyźni, właściwy cel nacjonalistycznych fantazji. Muskularni, regularni, estetyczni, zajęci dzierżeniem młotów, mieczy i kłosów zboża.

Na kolejnym piętrach matowy trawertyn (cóż to jest za słowo!), pokoje orzechowe, jesionowe, sosnowe, mahoniowe. W drzwiach widać słoje drewna, w starych kominkach tkwią dziś gniazdka elektryczne. Zwiedzamy razem dalej (ja i mój przewodnik szepczący do ucha) śladami panów w mundurach i garniturach. Apartamenty przechodnie dzielili Wilhelm któryśtam, Piłsudski, Mościski, miał być i Hitler, ale chyba nie dotarł. Nagle w całą tę scenę wdziera się kobieta w swetrze, z kubkiem czarnej herbaty odkładającej się osadem na ściankach naczynia, mówi mi „dzień dobry” i zaczyna z mozołem pokonywać olbrzymie schody. „Od tysiąca do dwóch tysięcy niemieckich żołnierzy skonało tu, kiedy zamek zamieniono na szpital polowy” opowiada przewodnik.
Czy dlatego tak źle tu sypiam i budzę się jakbym powstawała z martwych?
Czy mury mogą trzymać śmierć tak długo?

Czasami można jednak wyjść z zamku (choć nie zawsze okazuje się to łatwe). Na podwórzu mieszkają duże, uśmiechnięte, kamienne koty występujące w symetrycznych grupach, wokoło osadziły się martyrologiczne pomniki i mieszczańskie przyjemności. Miłe knajpki ze śniadaniami, teatry i dużo rogali. Poza tym są jeszcze bezdomni nocujący na przystankach (jeden z nich zawsze z czułością okrywa stopy koledze) i czarne gawrony. I jeszcze sroki z opalizującymi lazurowo skrzydłami. Kiedy przysiadają na rynnach, wyglądają jak bogato inkrustowane posążki.

Zwykły wpis
Przypowieści o transformacji, warsztaty pisarskie

Pisarskie warsztaty wrażliwości na zmianę

Od połowy października przez miesiąc będę rezydować w Poznaniu. W ramach rezydencji artystycznej Centrum Kultury Zamek poprowadzę warsztaty pisarskie za pomocą rozmaitych sposobów, które od lat testuję na samej sobie.

Świat transformuje nieustannie, ale są momenty, kiedy dzieje się to bardziej, jak transformacja ustrojowo-gospodarcza, albo gwałtowne zmiany klimatyczne. Podczas pisarskich warsztatów wrażliwości na zmianę będziemy zastanawiać się nad przeszłością, teraźniejszością i przyszłością oraz zatrudnimy narzędzia literackie i terapeutyczne do pracy biograficznej. Czyli mówiąc prościej – postaramy się nauczyć obserwować i opisywać świat tak, żeby przynosiło nam to ulgę i zrozumienie tego, co się wokół nas dzieje. Więcej informacji oraz formularz zapisów TUTAJ.

Zwykły wpis