Post-Industralia, Przypowieści o transformacji

Częstochowa dla ludzi pracy

Co prawda idzie już sezon na szparagi, ale w ramach wcześniej wspomnianych porządków wyciągnęłam jeszcze notatkę z sezonu na grzyby, czyli wrześniowej wizyty w Częstochowie, gdzie przybyła pielgrzymka ludzi pracy organizowana przez NSZZ Solidarność, aby w siąpiacym, zimnym deszczu zawierzyć w opiekę Matce Boskiej siebie i ojczyznę.

*

XXXIX Pielgrzymka Ludzi Pracy na Jasną Górę, 18-19 września 2021.

Na wstępie zaznaczę, że w swojej ówczesnej kondycji zdecydowanie nie dorównywałam uczestnikom (a zwłaszcza uczestniczkom) pielgrzymki, którzy – mimo trudnych warunków pogodowych – po wzięciu udziału w większości punktów programu mieli jeszcze siłę na wieczorne życie towarzyskie (pełen program tutaj). Toteż skupiłam się na wybranych wydarzeniach religijnych odbywających się na Wałach Jasnogórskich (obok tajemniczej dla mnie inicjatywy pod tytułem „Oblężenie Mężczyzn”).

Podczas wieczornej mszy pierwszego dnia pielgrzymki biskup Jeż (w dość rozlazłej gimnastyce retorycznej) połączył w swoim kazaniu losy Antygony, ojca Kolbego, ojca Popiełuszki, internowanych w stanie wojennym oraz wszystkich osób po prostu zmagających się dziś z codziennością. To ostatnie określił mianem „białego męczeństwa” (pod naciskiem bezbożnych), w którym trudniejsze od heroicznej śmierci jest po prostu trwanie w życiu i powziętych przyrzeczeniach. Na końcu kazania, przez pasaż z Norwida (wyjęty z Jana Pawła II), dobrnął wreszcie do pracy, choć w opcji dla uprzywilejowanych:
„piękno na to jest by zachwycało do pracy, a praca by się zmartwychwstała”, a „ostateczny sens pracy polega na tym, że człowiek przemienia sam siebie”. Nasza praca – mówił – przyczynia się do tworzenia świata, jest szkołą cnót osobistych i społecznych, buduje godność, łączy ludzi, tworzy naród. Wniósł też intencje o zachowanie miejsc pracy, o wzmocnienie etosu pracy, o sprawiedliwość społeczną i ustanie pandemii, przez którą wiele ludzi na świecie straciło możliwość utrzymywania siebie i swoich bliskich. Drugiego dnia odbyła się msza w intencji pracowników Inspekcji Pracy. Obok w karetce dyżurowali ratownicy medyczni i zastanawiałam się czy i kiedy złożą swoje wymówienia. Trwał wtedy ogólnopolski strajk pracowników ochrony zdrowia, którzy często zatrudniani są wyłącznie na umowach zlecenie i należą już do zupełnie innego „świata pracy” niż dawni etatowcy z Solidarności.

Te oficjalne msze miały podobną cechę do tej, którą opisywałam w poście o dożynkach wojewódzkich – rozmaici oficjele witani byli z imienia i nazwiska (garnitury, kwiaty, ornaty, uściski dłoni), natomiast „ludzie pracy” na ogół wymieniani byli na końcu tych serii, ogólnie, bezimiennie.

W ciągu dnia wokół pielgrzymujących krążyły nieśmiało osoby w kryzysie biedy i/lub bezdomności z prośbą o wsparcie. Mnie zaczepił pan, który ma 800 złotych emerytury i szósty miesiąc czeka na badanie kręgosłupa. Opowiedział, że jak kręcili pod Jasną Górą „Potop” to brakowało śniegu i Hoffman kazał rozsypać w parku naftalinę, której smród falował długo w okolicy, a potem o tym, jak to się stało, że po kilku dekadach pracy jako strażak w zakładzie przemysłowym, skończył z tymi ośmioma stówami na miesiąc i bardzo krępującą dla niego koniecznością proszenia obcych ludzi o pomoc. Tymczasem niezwykle radośni klerycy śpiewali do Ducha Świętego „bądź jak ogień w moim ciele, bądź jak ogień w duszy mej, rozpal mnie”.

Nad horyzontem miasta oprócz iglicy jasnogórskiego kościoła górują wciąż jeszcze pofabryczne kominy, choć fabryki już zamknięte, przeznaczone pod wyburzenie, może na galerie handlowe. Aleja Najświętszej Marii Panny usiana jest (gęsto i kosmopolityczne) sushi, kebabami, pierogami i pizzą, a na lokalnym ryneczku można jesienią kupić miechunkę i świeżutkie rydze.

Nagranie terenowe: klerycy z gitarami podnoszą ludzi na duchu. Klaszczą ci, którzy odważyli się wyjąć zziębnięte dłonie z kieszeni.

Przed wyjazdem wybrałam się na spacer w kierunku dawnych Częstochowskich Zakładów Przemysłu Wełnianego Elanex. To pokaźny, zabytkowy kompleks fabryczny z przełomu XIX i XX wieku, założony przez francuskich przedsiębiorców z Lyonu, otoczony budynkami mieszkalnymi. Zakłady przestały działać na początku XXI wieku, upadając pod ciężarem kryzysu w przemyśle lekkim. Obecnie można tam znaleźć pionierskie brzozy wyrastające spomiędzy cegieł, firmy wynajmujące pofabryczną przestrzeń, a także schronisko św. Brata Alberta (więcej o tej historii tutaj).

Natomiast w okolicznych murach, pomiędzy napisami rozmaitej treści, można napotkać takie perełki, jak odciski skamielin z zupełnie innych tysiącleci życia na tej Ziemi.

Zwykły wpis