Przypowieści o transformacji, warsztaty pisarskie

CK Zamek – Postscriptum

Po miesiącu spędzonym w Centrum Kultury Zamek w Poznaniu pozostała notka o tej niezwykłej budowli, stworzona w ramach warsztatów pisarskich, które tam prowadziłam, oraz nagranie rozmowy z Martyną Nicińską z cyklu „Zamieniam się w słuch” (poniżej). Do Poznania wrócę jeszcze na spotkanie autorskie prawdopodobnie w styczniu 2022 r.

Zamek

Zamieszkałam w znacjonalizowanym, poniemieckim i pocesarskim zamku, na poddaszu z widokiem na kolumnady Collegium Maius i pegaza na portyku Teatru Wielkiego. Codziennie kilka razy schodzę z wieży i wspinam się na sam szczyt baszty po wąskich, krętych schodach, którymi kiedyś przemieszczała się tylko służba. Na poddaszu pachnie starym drewnem i jedzeniem, bo w piwnicy jest restauracja, słychać dzwony kościoła, dalekie głosy i kroki ludzi, stukanie tramwajów przy ulicy Fredry, czasem chóry chłopców krzyczących, że “jebać policję”.

Dachy przystanków, które widzę z okna pokoju są zielone mchem. Podłogi trochę skrzypią, w rurach coś szumi, grzejniki śpiewają wypuszczając powietrze zaworami, a ściany w kuchni są delikatnie spękane, bo mury wciąż pracują. Drżeniem niosą basy muzyki z niższych pięter i rotacje wirującej pralki.

Zawsze, kiedy wcześniej przyjeżdżałam do Poznania, ten zamek wydawał mi się jakąś bryłą niemal kosmiczną. I miałam rację. Tutaj na każdym kroku zakrzywia się czasoprzestrzeń. W marmurowych podłogach odciśnięte są prawieczne amonity, mieszkalne gabinety wciąż pachną drewnem pociętym dziesiątki lat temu, a kiedy idzie się przez korytarz w stukających butach, echo przeszywa grozą i przywodzi na myśl wszystkie obejrzane filmy o hitlerowskich oficerach, co jest wysoce adekwatnym skojarzeniem, biorąc pod uwagę, że mieszkał tu namiestnik III Rzeszy, a wystrój dostosowano do gustu Fürera. Tymczasem bryły piaskowca trwają (choć sztucznie ociosane i podziurawione kulami przez Armię Czerwoną), drwiąc sobie z tych historycznych drgawek. Wszystko jest ogromne i wszyscy nieustannie błądzą.

Powiadają, że tu straszą duchy nazistów. Jednego z nich powiesili na oczach ludności Poznania 21 lipca ‘46 roku (dokładnie 41 lat przed datą moich urodzin). Pytają (może przez te moje białe koszule), czy ja też będę tu straszyć.
Nazistów?
Bardzo chętnie.

Zastanawiam się często, skąd przyjechał cały ten marmur i z czego biorą się w nim różowe i białe żyłki. I czy kamieniarze cierpieli – tak jak ja – na zespół cieśni nadgarstków w ramach choroby zawodowej. Miły pan z audioprzewodnika szepce mi do ucha aksamitnym głosem, że marmur i stiuk, użyty jako imitacja marmuru do naprawy powojennych zniszczeń, mają w dotyku inną temperaturę. I rzeczywiście – czuć to pod palcami. Narodowosocjalistyczne kinkiety – opowiada dalej – mają przypominać pochodnie. Nad przejściami do kolejnych pomieszczeń i korytarzy siedzą zamrożeni w płaskorzeźbach nadzy mężczyźni, właściwy cel nacjonalistycznych fantazji. Muskularni, regularni, estetyczni, zajęci dzierżeniem młotów, mieczy i kłosów zboża.

Na kolejnym piętrach matowy trawertyn (cóż to jest za słowo!), pokoje orzechowe, jesionowe, sosnowe, mahoniowe. W drzwiach widać słoje drewna, w starych kominkach tkwią dziś gniazdka elektryczne. Zwiedzamy razem dalej (ja i mój przewodnik szepczący do ucha) śladami panów w mundurach i garniturach. Apartamenty przechodnie dzielili Wilhelm któryśtam, Piłsudski, Mościski, miał być i Hitler, ale chyba nie dotarł. Nagle w całą tę scenę wdziera się kobieta w swetrze, z kubkiem czarnej herbaty odkładającej się osadem na ściankach naczynia, mówi mi „dzień dobry” i zaczyna z mozołem pokonywać olbrzymie schody. „Od tysiąca do dwóch tysięcy niemieckich żołnierzy skonało tu, kiedy zamek zamieniono na szpital polowy” opowiada przewodnik.
Czy dlatego tak źle tu sypiam i budzę się jakbym powstawała z martwych?
Czy mury mogą trzymać śmierć tak długo?

Czasami można jednak wyjść z zamku (choć nie zawsze okazuje się to łatwe). Na podwórzu mieszkają duże, uśmiechnięte, kamienne koty występujące w symetrycznych grupach, wokoło osadziły się martyrologiczne pomniki i mieszczańskie przyjemności. Miłe knajpki ze śniadaniami, teatry i dużo rogali. Poza tym są jeszcze bezdomni nocujący na przystankach (jeden z nich zawsze z czułością okrywa stopy koledze) i czarne gawrony. I jeszcze sroki z opalizującymi lazurowo skrzydłami. Kiedy przysiadają na rynnach, wyglądają jak bogato inkrustowane posążki.

Zwykły wpis
Przypowieści o transformacji, warsztaty pisarskie

Pisarskie warsztaty wrażliwości na zmianę

Od połowy października przez miesiąc będę rezydować w Poznaniu. W ramach rezydencji artystycznej Centrum Kultury Zamek poprowadzę warsztaty pisarskie za pomocą rozmaitych sposobów, które od lat testuję na samej sobie.

Świat transformuje nieustannie, ale są momenty, kiedy dzieje się to bardziej, jak transformacja ustrojowo-gospodarcza, albo gwałtowne zmiany klimatyczne. Podczas pisarskich warsztatów wrażliwości na zmianę będziemy zastanawiać się nad przeszłością, teraźniejszością i przyszłością oraz zatrudnimy narzędzia literackie i terapeutyczne do pracy biograficznej. Czyli mówiąc prościej – postaramy się nauczyć obserwować i opisywać świat tak, żeby przynosiło nam to ulgę i zrozumienie tego, co się wokół nas dzieje. Więcej informacji oraz formularz zapisów TUTAJ.

Zwykły wpis
Aleja Włókniarek, moje archiwum

Maria Przedborska. Poetka z inspekcji pracy

Dzięki uprzejmości redakcji „Herito” – dopóki nie uruchomi się nowa piękna strona internetowa kwartalnika – wrzucam na konto Academii mój tekst Maria Przedborska. Poetka z inspekcji pracy napisany do numeru 19/2019 pt. „Kobiety Europy Środkowej”.

Maria pomogła mi bardzo przy „Alei Włókniarek” i wciąż spłacam dług wdzięczności. Wiem, że wiersze i teksty Przedborskiej pojawią się też w antologiach poezji i publicystyki wydawanych przez Uniwersytet Łódzki. Na popandemiczne później zostawiam sobie ustalenie, czy studiowała i doktoryzowała się w Krakowie, Warszawie, Wiedniu czy też gdzieś w Szwajcarii.

Pozostaje już tylko ostatni problem – Maria, która najprawdopodobniej zginęła w getcie warszawskim, wciąż nie ma własnego grobu. Będę nad tym pracować.

Zwykły wpis
Przypowieści o transformacji, reportaż

Coming (not so) soon…

Od początku września rezyduję w Willi Decjusza w Krakowie, a dokładniej rzecz biorąc w sąsiadującej Willi Łaskiego, w ramach Wyszehradzkiej Rezydencji Literackiej. Spotykam w okolicy mnóstwo zakonnic i par weselnych, wymieniam się opowieściami z literatami i tłumaczkami z Węgier, Czech i Słowacji (oraz kilku innych krajów pozawyszehradzkich). Co najważniejsze – z Wydawnictwem Czarne już oficjalnie zawarliśmy umowę na stworzenie książki Przypowieści o transformacji, w której znajdą się rozdziały o chaosie archiwalnym i chaosie krajowym z lat 90., o ówczesnych i późniejszych doświadczeniach włókniarek, górników i rolniczek, o znikających lnach i jedwabiach, ale też o węglu i o suszy.

Sytuacja pandemiczna utrudnia, ale nie uniemożliwia pracy, jednak „w teren”, wyruszę dopiero wiosną. Na razie w pracy zdalnej tropię porzucone, rozrzucone, zgubione, celowo zniszczone, zapomniane i zaniedbane archiwalia. Fabryczne dokumenty personalne, odcinki płacowe, pamiętniki zbierane w konkursach, listy pisane do redakcji zlikwidowanych gazet, nagranie terenowe, pamiątki z izb pamięci – chaos nie wybierał, ogarniał wszystko. Czy to po prostu normalne zjawisko dla czasów przewrotu? Czy w wyobraźni społecznej liczyła się wtedy tylko przyszłość? Dlaczego teczki i taśmy stały się tak ważne w kolejnych dekadach i dlaczego tylko niektóre?

Nie martwcie się o Futbolistki, po dotarciu do drużyny dawnego „Kolejarza” mam sporo świetnych wywiadów, reportaż prasowy powstanie do końca roku 2020.

Zwykły wpis
Aleja Włókniarek, archiwistyka społeczna, reportaż

Futbolistki

Zaczęło się od od rozmowy z dwoma dawnymi włókniarkami opowiadającymi o rozrywkach poza pracą:

Na stoliku koło nas leżą rozrzucone fotografie z życia zakładów imienia Marchlewskiego. Ze zdziwieniem wyciągam czarno-białe zdjęcie dwóch młodych dziewczyn walczących na boisku o przejęcie piłki nożnej.

Janina: O, ja też przyniosłam zdjęcie, jak kobiety grały. – Wyciąga drugą, podobną fotografię.
Ewa: Siostra grała, ja też grałam. Ze Startem. Jak nam baty dali… Ale wygrałyśmy.
M.M.: Były żeńskie drużyny piłki nożnej? Przy Marchlewskim?
Janina: Tak. To jest mecz między tkalnią a wykończalnią.
Ewa: Ja normalnie od krosien odeszłam, żeby zagrać.
*

Od kilku lat nie daje mi spokoju, że ten wątek nie został rozbudowany w książce Aleja Włókniarek, choć zdecydowanie na to zasługiwał. Mecz ze Startem dział się w czasach, kiedy zawodowi piłkarze fasadowo zatrudnieni byli w fabrykach na włókienniczych etatach, bo takie były meandry finansowania PRL-owskiego sportu. Żaden z nich nie biegł na mecz prosto od krosien.

Mam nadzieję nadrobić te zaległości dzięki stypendium na reportaż literacki, który ukaże się w prasie. Poszukuję futbolistek, piłkarek, kobiet, które kopały piłkę w czasie PRL-u lub później – w łódzkich klubach sportowych, Towarzystwach Krzewienia Kultury Fizycznej, przy fabrykach włókienniczych czy innych zakładach pracy, na boiskach między blokami – i które zgodzą się opowiedzieć mi swoją historię.

Jeśli jesteś taką osobą lub znasz kogoś takiego – pisz proszę: marta.madejska@gmail.com

Projekt realizowany w ramach Stypendium Artystycznego Prezydent Miasta Łodzi.

*Aleja Włókniarek, M. Madejska, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2019, s. 297

Fragment artykułu z magazynu „Piłka Nożna” 1976 nr 51/52

Zwykły wpis
Przypowieści o transformacji

Notatki z kwarantanny

Na podwórku wałęsają się półdzikie koty, które zwykle rzadko wychodzą za dnia ze swojego pustostanu. Ktoś karmi je ukradkiem. Pod sąsiednim blokiem stoi młody mężczyzna i bardzo smutnym wzrokiem patrzy na gołębie. Odsuwa się i przykleja do ściany budynku za każdym razem kiedy ktoś przechodzi do śmietnika. Na takim waśnie etapie kwarantanny jesteśmy.

Tymczasem czytam kolejną gęstą książkę o polskiej transformacji ustrojowo-gospodarczej i nawet tak jakby próbuję sama napisać książkę o transformacji, nawet dostałam na to jakieś stypendium. Tylko zastanawiam się, czy ten nieprzepracowany temat warto będzie jeszcze opisywać po „tym wszystkim”, kiedy zupełnie zmieni się w głowach aktualnie najbardziej nas dręcząca katastrofa społeczna i obiekt pytania „czy dało się inaczej?”.

I czytam dużo tych gęstych książek i tak sobie myślę, serio, mogę zrozumieć uwikłania historyczne, zapóźnienia rozwojowe, światowy konsensus waszyngtoński, naciski gorliwych funkcjonariuszy Międzynarodowego Funduszu Walutowego, albo – z drugiej strony sceny – ogromną potrzebę lustracji i trzepania teczek. Ale nie wmawiajcie mi, że nie dało się mieć innych priorytetów w klasie rządzącej, bez względu na frakcję.

Poniżej znamienny cytat z książki Antoniego Dudka „Od Mazowieckiego do Suchockiej” oraz Polska Kronika Filmowa nr 28/1991 r.

„[Rok 1992, formuje się rząd Suchockiej. Stronnictwo Ludowo-Chrześcijańskie] miało początkowo w rządzie jedynie ministra zdrowia, którym został pediatra z Kalisza i poseł na Sejm Andrzej Wojtyła. O okolicznościach, w jakich został on ministrem, tak opowiadał Jan Rokita: >> Około czwartej rano powiedzieliśmy liderom tej partii [SLCh], żeby w ciągu godziny znaleźli w swoich szeregach lekarza. Po godzinie odpowiedzieli, że jest taki. Andrzej Wojtyła. Wszyscy się zgodzili <<. Niestety był to czwarty z kolei rząd, w którym obsadzanie resortu zdrowia wyglądało w podobny sposób”.

Zwykły wpis
Przypowieści o transformacji

Post-Industralia. Życie po tranformacji

O ruinach napisano już sporo, jeszcze więcej pokazano. Porzucone maszyny i architektoniczne skorupy są czymś namacalnym i bardzo fotogenicznym w obiektywie kamer i aparatów, w przeciwieństwie do rozpadających się lokalnych społeczności, dla których obecne “ruiny” nie tak dawno stanowiły miejsce pracy i główny ośrodek życia. Przemysł wiele im dawał, ale i dużo odbierał – przede wszystkim indywidualne zdrowie i czyste środowisko wokół. Razem z wejściem nowych inwestorów i deweloperów ruiny znikają, znika kontrast poszukiwany przez obiektyw. Zostają tylko opowieści.

Post-Industralia – transformacje” to cykl spotkań, który przygotowałam w Muzeum Sztuki w Łodzi, poświęcony przepracowaniu doświadczenia upadku dużych zakładów pracy na przełomie XX i XXI wieku w różnych miejscach Polski. Przedstawiamy projekty zajmujące się transformacją gospodarczą i wspólnotami “osieroconymi” przez zlikwidowany przemysł i uprzemysłowione rolnictwo. Skupiamy się na uspołecznionych projektach artystycznych i reporterskich ostatniej dekady, portretujących ludzkie losy, zbierających historie mówione, włączających do współpracy dawnych robotników i robotnice nieistniejących już zakładów pracy.

Próbujemy zrozumieć, co się właściwie stało w Polsce po 1989 roku, nie tylko na poziomie politycznym i gospodarczym, ale i emocjonalnym. Próbujemy zrozumieć co nas ukształtowało i skąd sami przychodzimy – artystki, badacze, dziennikarki, dzieci PGR-ów, przemysłowych centrów i fabrycznych peryferii.

Zwykły wpis
moje archiwum

_ÓDŹ _ABRYCZNA

Fot. Marta Madejska

11.12.2016

– Ja pierdolę, każdy teraz jest media – wysyczała pod nosem pani z telewizji przepychając się między gromadą ludzi wychylających się ze stopni unieruchomionych schodów ruchomych. Prawie każdy unosił lekko aparat, albo smartfona w napiętym oczekiwaniu na wjazd pierwszego pociągu, na symboliczne otwarcie nowego Dworca “Łódź Fabryczna”.

Wjechać miał punktualnie o godzinie 5:30 rano.

– Takich tłumów ten dworzec prędko nie zobaczy – podśmiewał się nieco bardziej wyluzowany pan z innej telewizji – a zobacz ilu na bani, prosto z imprez przyszło.

Fakt.

Tłum ubrany był wielowarstwowo (bo grudzień i mróz), unosiła się nad nim atmosfera uroczystej podniosłości, zapach perfum i lekko przetrawionej już wódki. Wszystko nasuwało skojarzenia z polską pasterką.

O godzinie 5:33 wyświetlacz wciąż pokazywał 5:30.

Przez ludzi na schodach zaczął się przeciskać człowiek przebrany za olbrzymiego pluszowego pączka z Dunkin Donuts.

– Mam nadzieję, że nie musi iść do toalety, pomyślałam. Starym odruchem zaczęłam obliczać odległość do najbliższej WC (setki metrów lśniących kafli) i wtedy przypomniały mi się niedawne żarty toczone ze znajomymi. To jest dworzec, który ocaliłby życie Annie Kareninie – nie zdążyłaby dobiec na peron.

O godzinie 5:35 wyświetlacz wciąż pokazywał 5:30.

Zwykły wpis
Aleja Włókniarek, moje archiwum

Z Biura Inspekcji Listów

Obywatel Odrobina Władysław zamieszkały był w Pobolowcu,
w województwie Kieleckim.
Pisał, że teść jego, obywatel Jarzyna, miał wyznaczyć…
Dalej fotografia akt jest nieczytelna.
Wiadomo tylko, że chodzi o zboże i o wykonanie normy produkcji.
Rozegrał się tam jakiś dramat,
bez ogrzewania i cukru została dwójka maleńkich dzieci.
W roku bezpańskim, 1951.

Kobiety z Moszczenicy k. Piotrkowa w liście do KC PZPR donosiły:
tow. Adamus Stanisława,
instruktorka propagandy KP PZPR w Piotrkowie Tr.
w dniu 1-go Maja na zabawie w Moszczenicy
upiła się była do nieprzytomności i,
jak piszą dalej, leżała na trawie jak świnia i stale żygała
(pisownia zgodna z oryginałem),
a wokół niej pełno butelek potłuczonych od wódki
(składnia z oryginałem zgodna).

Obywatel M., donosił list anonimowy,
skłamał,
że urodziły mu się trojaczki i pobrał na tę nierealną rodzinę
20 tysięcy (!) zapomogi z Centrali Zarządu Kiosków RUCH,
oszukując tem samym swój zakład pracy,
naród i władzę ludową.

Obywatelka K. w krótkim liście prosiła pokornie
Bieruta o wybaczenie
pieluszek ukradzionych ze szpitala.
Sztuk sześć.
O wybaczenie i uchylenie wyroku więzienia.
Za pieluszki więzienia uchylenie.

Pisali, pisali, pisali,
jako i my dzisiaj piszemy.
Donosy, zażalenia i żale,
pieśni skargi i przestrogi.
Obywatele i obywatelki
Naszej dumnej Ojczyzny,
Matczyzny umęczonej
pracą, praniem, poszukiwaniem
węgla i ziemniaków.
Gdy hartowała się stal.

Zwykły wpis