na marginesie

Albo pantofle

Albo kiedy mechanicznie przeglądając przedmioty sprzedającego „Jezioro Bodeńskie” Dygata
czy coś jeszcze się nada
odkrywasz (ewidentnie już martwą) osobę w rozmiarze L-XL, która do poliestrowych garsonek z lat 90. wciąż nosiła świetnie profilowane obuwie z państw bratnich bloku wschodniego
jugosłowiańskie czółenka wiązane
czeskie botki marki Novinka, zamszowe, na lekkim koturnie
polskie ażurowe Syreny w niebieskie paski
ale też obuwie solidne, robocze, olejoodporne
(mniejsze, lekko zardzewiałe panczeny Metax Sport i biegówki Fabos Krosno zapewne należały do syna, podobnie jak slipy chłopięce, nieużywane, Maroko).
Natomiast kapcie lubiła ciepłe, miękkie, wsuwane.

Kraciaste i w groszki.

Zwykły wpis
warsztaty pisarskie

Igraszki z czasoprzestrzenią

Mój krótki tekst, będący jednocześnie scenariuszem mikrowarsztatów pisarskich, został opublikowany wraz z tłumaczeniem na język angielski w katalogu 21. Międzynarodowych Warsztatów Niepokoju Twórczego Kieszeń Vincenta (Poznań, 4–7 maja 2022). Zostawiam go tutaj dla zainteresowanych igraszkami.

Zwykły wpis
na marginesie, Przypowieści o transformacji

Migawka: na granicy i pod ziemią

W Puszczy Białowieskiej wciąż są migrujący ludzie. Białowieża cała rozjechana rosomakami i ciężarówkami do „puszbaków” (wywożenia uchodźców ponownie na granicę białoruską). Pusta, choć zazwyczaj o tej porze roku sporo jeszcze było turystów przyrodniczych. W drodze z Hajnówki po zmroku samochody zatrzymywane są przez policyjne oddziały prewencji przewozu nielegalnych cudzoziemców (oddział ze Szczecina, wymamrał młody chłopak w polowym mudnurze). Przy słowiańskiej urodzie i pustym bagażniku można się jednak dosyć szybko przedostać dalej. Mur na granicy okładany jest właśnie koncertiną (dźwięczna muzycznie nazwa na banalny w swojej brutalności drut żyletkowy). W Teremiskach spokojnie, jakoś wręcz niepokojąco sielsko.

Bliżej innej granicy, na południu Polski, wszystko wydaje się toczyć dawnym, przedpandemicznym i przedwojennym rytmem. Sklepy, sprawy, zwiedzanie. Ponad dwugodzinna trasa w Kopalni Guido w Zabrzu turystyczną ścieżką „Mroki kopalni” reklamowana jest jako unikatowa przygoda: „Takiej ciszy nie usłyszysz nigdzie indziej. Takiego mroku nie zobaczysz nawet w najciemniejszą noc. Odważ się i zjedź górniczą windą (szolą) prawie 120 pięter w dół. Dotrzyj do najsurowszych zakamarków kopalni, dokąd jeszcze niedawno dostęp mieli tylko zawodowi górnicy. Labiryntem czarnych korytarzy pomaszeruj ich śladami”, piszą na stronie internetowej.

Jak dla mnie mogłoby się to równie dobrze nazywać „Ćwiczenia z nieistnienia – tylko ty, twoja klaustrofobia i odgłos cudzych kroków, 355 metrów bliżej jądra ziemi”. Węglowy pył wdziera się w oczy, usta, nos i uszy, ciśnienie ściska głowę, serce kołacze się w piersi. A na powierzchni czekają plastikowe gadżeciki udające węgiel.

Nagranie: Schodzenie na poziom 355 m pod ziemią.
Zwykły wpis
Przypowieści o transformacji

Day Zero

Inflacja, zerwane łańcuchy dostaw i susza. Taka jest ta wiosna, choć wiele osób zdaje się tego nie zauważać, zanurzonych w swoich planach i iluzorycznej kontroli nad projektami. Tymczasem jak u Miłosza staje się już, jak u Eliota not with a bang but with a whimper, bo najwyraźniej poeci pamiętają również w przód. Mała jest w nas świadomość tego, jak bardzo skomplikowane i złożone procesy odpowiadają za produkcję właściwie czegokolwiek w zglobalizowanym świecie, co dobrze uwidacznia choćby opisany w „Gazecie.pl” przypadek drożejącego papieru.

Jeśli idzie o suszę to świetnie i profesjonalnie śledzi ją profil Świat wody, który donosi, że w wielu regionach jesteśmy poniżej 50% normy opadów na maj. Już kilkanaście gmin w Polsce ogłosiło apel lub zakaz użycia wody wodociągowej do celów innych niż bytowe. Aktualizowaną na bieżąco mapę z regionami objętymi takimi zakazami można znaleźć tutaj. Niestety przyda się w kolejnych miesiącach. Hydrolodzy zwracają uwagę, że susza w Polsce trwa już właściwie permanentnie od 7 lat, co na razie odczuwają przede wszystkim regiony rolnicze, ale i miasta, jak Aleksandrów Łódzki, które doświadczyły już krótkookresowo sytuacji „suchego kranu”.

To jest ten moment, kiedy powinniśmy sobie uświadomić, że używanie czystej, pitnej wody do zalewania kibla jest luksusową dewiacją, której niebawem wszyscy będziemy musieli się pozbyć. Dla osób anglojęzycznych podrzucam ku refleksji przypadek Kapsztadu, który mierzył się z zagrożeniem dojścia do dna (używając niezręcznej metafory) zasobu wodnego dla miasta w 2018 roku:

How Cape Town’s Residents Are Surviving the Water Crisis—For Now | National Geographic

Day Zero: how Cape Town stopped the taps running dry

Także drogie mieszczuchy – kupujcie dodatkowe wiaderka do łazienki. Cieszmy się z każdej kropli deszczu i nie marudźmy przy prognozach pogody na urlop.

Zwykły wpis
na marginesie, reportaż

Deziluzje – (dosyć osobisty) wpis o wojnie

Jest taka scena w filmie dokumentalnym Marcela Ophulsa Veillées d’armes (The Troubles We’ve Seen: A History of Journalism in Wartime), w której – o ile dobrze to zapamiętałam – lekarz wspominający wojnę w Jugosławii nie jest w stanie odpowiedzieć na kolejne pytanie o tym, co widział i czego doświadczył i zaczyna nucić – Nobody knows the trouble I’ve seen, nobody knows but Jesus… Często ostatnio wracam do niej myślami.

Kiedy zabierałam się do pisania Przypowieści o transformacji miałam zamiar sygnalizować w książce szerszy kontekst światowy poza Polską, która – przy całym wewnętrznym chaosie, nierównościach, wszystkich trudnych, a nawet traumatycznych doświadczeniach, które mam opisywać w Przypowieściach – wylądowała w uprzywilejowanej części globalnego podziału. Na ścianie mojego pokoju rozkleiłam sznurek i fiszki – kalendarium stworzone na bazie wypisanych z tablic historycznych wojen i konfliktów zbrojnych od 1989 r. Mieszkałam z tą instalacją przez kilka miesięcy, aż wreszcie stwierdziłam, że jednak nie daję rady codziennie na nią patrzeć i bezładnie przełożyłam fiszki do segregatora. Otwieram go teraz i myślę – to są wszystkie dekady mojego życia.

​Zawsze bardzo przeżywałam wojny. Nie wiem, skąd mi się to wzięło. Może z tego, że Jugosławia była w telewizorze, kiedy byłam dzieckiem (a byłam jednym z tych dzieci, które zapamiętują nie to, co służy ich psychice i międlą to potem w koszmarach), a może raczej z dziedzictwa prababki Stanisławy i powstania warszawskiego. W nastoletnim pamiętniczku w kwiatki mam zanotowane daty inwazji na Irak. Teraz po raz pierwszy od tamtego czasu mam znów pamiętnik w kwiatki i zanotowałam w nim nowy etap inwazji na Ukrainę. Kiedy tworzyłam słownik do Alei Włókniarek i opisywałam wspaniałe sploty tkanin, które przywędrowały do Europy z Bliskiego Wschodu, bombardowane było ich „rodzime” syryjskie Aleppo. Pamiętam, kiedy dotarło to do mnie w czytelni naukowej Biblioteki im. Piłsudskiego w Łodzi.

Gapimy się na kolejne zdjęcia kolejnych zburzonych dzielnic i jak mantrę powtarzamy: wygląda jak Warszawa w 1945. Znamy jej widok ze zdjęć. Życie bez wojny jest przywilejem – o tym miało komfort zapomnieć moje pokolenie wychowane w tej naszej pięknej, wiosną kwitnącej, pełnej bólu, wstydu i aspiracji, polskiej ziemi.

W czasach mojego pierwszego pamiętniczka w kwiatki chciałam zostać reporterką wojenną. Nie wiem, dlaczego wydawało mi się, że byłabym w stanie to psychicznie udźwignąć (tak naprawdę wiem, ale nie opowiem). Było w tym na pewno sporo poczucia misji, ale – nie ukrywajmy – była to też ambicja przesiąknięta nieuświadomioną hipokryzją krajów uprzywilejowanych (świetnie zresztą pokazaną we wspomnianym filmie Ophulsa). Bo przecież nigdy, przenigdy, nie chciałam żeby w moim kraju była wojna. Wojna to miało być to doświadczenie, które relacjonuje się skądś, skądinąd, z daleka. A potem wraca się do bezpiecznego domu.

Czytaj dalej
Zwykły wpis
Post-Industralia, Przypowieści o transformacji

Częstochowa dla ludzi pracy

Co prawda idzie już sezon na szparagi, ale w ramach wcześniej wspomnianych porządków wyciągnęłam jeszcze notatkę z sezonu na grzyby, czyli wrześniowej wizyty w Częstochowie, gdzie przybyła pielgrzymka ludzi pracy organizowana przez NSZZ Solidarność, aby w siąpiacym, zimnym deszczu zawierzyć w opiekę Matce Boskiej siebie i ojczyznę.

*

XXXIX Pielgrzymka Ludzi Pracy na Jasną Górę, 18-19 września 2021.

Na wstępie zaznaczę, że w swojej ówczesnej kondycji zdecydowanie nie dorównywałam uczestnikom (a zwłaszcza uczestniczkom) pielgrzymki, którzy – mimo trudnych warunków pogodowych – po wzięciu udziału w większości punktów programu mieli jeszcze siłę na wieczorne życie towarzyskie (pełen program tutaj). Toteż skupiłam się na wybranych wydarzeniach religijnych odbywających się na Wałach Jasnogórskich (obok tajemniczej dla mnie inicjatywy pod tytułem „Oblężenie Mężczyzn”).

Podczas wieczornej mszy pierwszego dnia pielgrzymki biskup Jeż (w dość rozlazłej gimnastyce retorycznej) połączył w swoim kazaniu losy Antygony, ojca Kolbego, ojca Popiełuszki, internowanych w stanie wojennym oraz wszystkich osób po prostu zmagających się dziś z codziennością. To ostatnie określił mianem „białego męczeństwa” (pod naciskiem bezbożnych), w którym trudniejsze od heroicznej śmierci jest po prostu trwanie w życiu i powziętych przyrzeczeniach. Na końcu kazania, przez pasaż z Norwida (wyjęty z Jana Pawła II), dobrnął wreszcie do pracy, choć w opcji dla uprzywilejowanych:
„piękno na to jest by zachwycało do pracy, a praca by się zmartwychwstała”, a „ostateczny sens pracy polega na tym, że człowiek przemienia sam siebie”. Nasza praca – mówił – przyczynia się do tworzenia świata, jest szkołą cnót osobistych i społecznych, buduje godność, łączy ludzi, tworzy naród. Wniósł też intencje o zachowanie miejsc pracy, o wzmocnienie etosu pracy, o sprawiedliwość społeczną i ustanie pandemii, przez którą wiele ludzi na świecie straciło możliwość utrzymywania siebie i swoich bliskich. Drugiego dnia odbyła się msza w intencji pracowników Inspekcji Pracy. Obok w karetce dyżurowali ratownicy medyczni i zastanawiałam się czy i kiedy złożą swoje wymówienia. Trwał wtedy ogólnopolski strajk pracowników ochrony zdrowia, którzy często zatrudniani są wyłącznie na umowach zlecenie i należą już do zupełnie innego „świata pracy” niż dawni etatowcy z Solidarności.

Te oficjalne msze miały podobną cechę do tej, którą opisywałam w poście o dożynkach wojewódzkich – rozmaici oficjele witani byli z imienia i nazwiska (garnitury, kwiaty, ornaty, uściski dłoni), natomiast „ludzie pracy” na ogół wymieniani byli na końcu tych serii, ogólnie, bezimiennie.

W ciągu dnia wokół pielgrzymujących krążyły nieśmiało osoby w kryzysie biedy i/lub bezdomności z prośbą o wsparcie. Mnie zaczepił pan, który ma 800 złotych emerytury i szósty miesiąc czeka na badanie kręgosłupa. Opowiedział, że jak kręcili pod Jasną Górą „Potop” to brakowało śniegu i Hoffman kazał rozsypać w parku naftalinę, której smród falował długo w okolicy, a potem o tym, jak to się stało, że po kilku dekadach pracy jako strażak w zakładzie przemysłowym, skończył z tymi ośmioma stówami na miesiąc i bardzo krępującą dla niego koniecznością proszenia obcych ludzi o pomoc. Tymczasem niezwykle radośni klerycy śpiewali do Ducha Świętego „bądź jak ogień w moim ciele, bądź jak ogień w duszy mej, rozpal mnie”.

Nad horyzontem miasta oprócz iglicy jasnogórskiego kościoła górują wciąż jeszcze pofabryczne kominy, choć fabryki już zamknięte, przeznaczone pod wyburzenie, może na galerie handlowe. Aleja Najświętszej Marii Panny usiana jest (gęsto i kosmopolityczne) sushi, kebabami, pierogami i pizzą, a na lokalnym ryneczku można jesienią kupić miechunkę i świeżutkie rydze.

Przed wyjazdem wybrałam się na spacer w kierunku dawnych Częstochowskich Zakładów Przemysłu Wełnianego Elanex. To pokaźny, zabytkowy kompleks fabryczny z przełomu XIX i XX wieku, założony przez francuskich przedsiębiorców z Lyonu, otoczony budynkami mieszkalnymi. Zakłady przestały działać na początku XXI wieku, upadając pod ciężarem kryzysu w przemyśle lekkim. Obecnie można tam znaleźć pionierskie brzozy wyrastające spomiędzy cegieł, firmy wynajmujące pofabryczną przestrzeń, a także schronisko św. Brata Alberta (więcej o tej historii tutaj).

Natomiast w okolicznych murach, pomiędzy napisami rozmaitej treści, można napotkać takie perełki, jak odciski skamielin z zupełnie innych tysiącleci życia na tej Ziemi.

Zwykły wpis
Przypowieści o transformacji

Dożynki, czyli granica drugiego świata

W ramach weekendowych porządków i autoterapeutycznej krzątaniny wyciągnęłam materiały zebrane podczas sierpniowych dożynek wojewódzkich w Rogowie. Poniższa notatka jest więc sporo spóźniona, ale za to multimedialna.


*

22 sierpnia 2021, dożynki województwa łódzkiego.

W dniu dożynek wojewódzkich Rogów miał płoty ustrojone bukietami z pszenicy, kukurydzy i nawłoci, gdzieniegdzie poustawiano płotki z wiotkich brzozowych gałązek. Obchody otwierała msza święta prowadzona przez arcybiskupa Rysia, który nawoływał: „Z tej samej miłości, z której zrodziła się wasza praca niech zrodzi się nasza modlitwa”.

Co uderzające, zarówno podczas mszy, jak i świeckiego otwarcia obchodów, z imienia i nazwiska wyliczani byli zaproszeni posłowie, senatorowie, oficerowie, wojewodowie, przewodniczący, radni, starości, prezydenci, wójtowie i burmistrzowie. Natomiast rolnicy wymieniani byli zawsze na końcu, zbiorowo i bezimiennie. Zresztą ta świecka i najbardziej polityczna część została zignorowana przez większość uczestniczek i uczestników mszy, którzy zaczęli masowo odpływać ku muzyce, jedzeniu i konkursowi orki.

Pachniały chleb, miód i śmietana. Osy krążyły nad drożdżówkami z kruszonką i stoiskami z watą cukrową. Było mnóstwo plastiku, trochę rękodzieła, militaria i mobilny punkt szczepień na covid, nieprzerwany strumień ludzi ciągnął się między stoiskami i dwiema scenami. Zaprawdę warto było w liceum jeździć na Przystanek Woodstock żeby przygotować się na to doświadczenie.

Drugą najbardziej uderzającą (mnie przynajmniej) kwestią była aranżacja scen. Zespoły ludowe ginęły wizualnie i dźwiękowo na dużej scenie głównej z telebimami i szeregami głośników oczekujących na wieczorne występy Cugowskiego i Zakopower. Mężczyźni z bębnami w wysokich kozakach i dziewczyny ze skrzypcami w tradycyjnych regionalnych, wełnianych spódnicach w pasy (pot spływał im po twarzach strumieniami) grali transowe oberki, których rytm jakoś nie wydawał się dotykać dusz wśród publiczności ustawionej sztywno przy barierkach. Z rzadka tylko ktoś potupywał nóżką. W muzyce ludowej taniec wydarza się, kiedy muzycy są blisko.

Sceny otoczone były rzędami namiotów Kół Gospodyń Wiejskich, w których gęsto i obficie wystawiono przysmaki biorące udział w konkursie: prażuchy z zsiadłym mlekiem, zupa porowa z pulpetami, kaczka faszerowana podawana z nadziewana cebula, kartoflanka, pyzy ziemniaczane okraszane, paszteciki z soczewicą, swojski barszczyk z kotlecikami z ryżu i chleba, zupa grzybowa z kluseczkami, kluski żelazne ze smażonką, kapusta duszona, zupa chrzanowa, zalewajka, czernina z łazankami, sery łowickie, sernik z obsadzonego mleka (cokolwiek to jest), sernik z malinami, drożdżówki ze śliwkami i wiśniami, jabłecznik, ambrozja drobiowa z przecierkami w sosie żurawinowym, placki i pączki ziemniaczane, pierogi pieczone i barszcz, cepeliny z kapustą zasmażaną, świeżonka, chłodnik, kaszanka, zupa grzybowa, kluseczki na parze z jagodami, karp faszerowany, rogaliki, kapusta z grochem, makiełki, zupa krem z dyni, cała paleta twarożków, plyndze z sosem kurkowym, kotlety z kapusty białej, sałatka z tuńczykiem, gulasz z kurkami, tort czekoladowy, kutia, ciasto ze śliwkami na maślance, gołąbki, zupa grzybowa z kaszą po łowicku. Uff.

Kiedy czekałam na pociąg regionalny, który tego dnia kursował bezpłatnie między Łodzią a Rogowem, dwie starsze kobiety obok mnie rozmawiały o Afganistanie, Kabulu, talibach i ubezwłasnowolnieniu kobiet (a także o tym, jak bardzo zmęczone są stylem polskiej debaty publicznej). To był czas, kiedy na granicy z Białorusią przetrzymywano uchodźców, między innymi z rzeczonego Afganistanu, i od kilku dni odmawiano im pomocy prawnej czy nawet medycznej. Straż graniczna nie przepuściła nawet osób, które chciały dostarczyć im żywność.

Nagranie terenowe, w kolejności: msza, ofiarowanie darów, pochód dożynkowy ze zwycięskim wieńcem, występy zespołów ludowych na dużej scenie. Materiał archiwalny.

Zwykły wpis