Historia zaczyna się tak: pewnego razu napisała do mnie badaczka tematu transpłciowości w PRL (tak, już wtedy się tym zajmowano w państwowej ochronie zdrowia). W swojej kwerendzie natknęła się na ciekawy wątek – o protezach penisa, które rzekomo wytwarzane były w fabryce tekstylnej gdzieś w Łodzi i których produkcja ustała w trakcie wielkich likwidacji przemysłu w latach 90. „Przemysł, transformacja i płeć – to jest temat dla ciebie!” – napisała. Ależ oczywiście, rozpaliłam się niczym pochodnia i ruszyłam na poszukiwania, które…
Zakończyły się całkowitym fiaskiem.
Emerytowana profesorka medycyny (a dokładniej chirurgii plastycznej), z którą udało mi się wreszcie skontaktować, nieco obruszyła się na moje pytania, ale odpowiedziała niezwykle profesjonalnie i merytorycznie:
Pani wiadomości są nieprawdziwe. U mężczyzn nie posiadających prącia trzeba je wytworzyć z jego własnych tkanek i ewentualnie usztywnić protezą śródtkankową. Z reguły stosuje się protezy silikonowe. Myślę, że Panią interesują protezy z poliestru, które stosowaliśmy jako szkielet małżowiny usznej w rekonstrukcji ucha zewnętrznego, w mikrocji. Te protezy wykonywało Laboratorium Przemysłu Włókienniczego w Łodzi. Od wielu lat stosujemy w tych przypadkach własną chrząstkę żebrową.
Zapowiadało się więc na historię seksowną, chwytliwą, klikbait na lajki, a tu życie pokazało… ucho.

Wciąż mogłabym zrobić z tego anegdotę w nowej książce i opowiedzieć – tak jak powyżej – o penisach, których jednak nie było. Ale nie zrobię.
Znam realia promocji książek już na tyle dobrze, żeby wiedzieć, że anegdotka o penisach byłaby tym, o co pytałby co trzeci dziennikarz. Skąd to przypuszczenie? Dlatego, że kiedy trwała promocja Alei Włókniarek często pytali mnie o legendę o włókniarce, która ponoć pokazała pośladki jednemu z oficjeli podczas strajków w Łodzi w lutym 1971 roku. Nie byli zainteresowani postulatami włókniarek, ich wspaniałą samoorganizacją i przyczynami buntu. Nie chcieli też zrozumieć specyfiki ludowego humoru-oporu, przepełnionego takimi legendami, jak ta o obnażonych pośladkach, która krążyła w wielu wersjach i wielu miejscach (np. również w Żyrardowie). Chcieli wiedzieć czy naprawdę była tam goła ****.
Odpowiadam raz na zawsze: nie wiadomo.
Oczywiście szalenie ciekawy pozostaje temat innych rzeczy, które obok protezy małżowiny usznej wytwarzano w Laboratorium Przemysłu Włókienniczego w Łodzi, a także w innych jednostkach badawczych przy przemyśle oraz na Politechnice Łódzkiej – jak sztuczne żyły czy zastawki serca. To temat, który od dawna czeka na opracowanie i obiecuję kiedyś zrobić o tym osobny wpis.
Nie porzucałbym tego tematu po pierwszej negatywnej informacji. Podam przykłady moich rodziców – włókienników naukowców. Mój tata (Politechnika Łódzka) pracował nad różnymi rozwiązaniami włókienniczymi dla różnych dziedzin życia, również dla medycyny. Po domu walały się chociażby sztuczne żyły, temat został wdrożony, przemysł produkował, medycy wszczepiali ludziom je z sukcesem. Moja mama (Instytut Włókiennictwa, ówcześnie przy ulicy Gdańskiej) pracowała też nad różnymi wynalazkami, czasami ocierającymi się o science fiction. Choćby na podstawie pomysłu Stanisława Lema, który tenże opisał w książce „Powrót z gwiazd”, pracowała nad natryskiwanym ubraniem, które formowało się na sobie. Doszła bardzo daleko z opracowaniem tej metody. Nie udało się zakończyć projektu wyłącznie dlatego, że ówczesne środki i technika nie pozwalały rozwiązać problemu utrzymania kształtu ciucha. Nie słyszałem w domu o sztucznych penisach wytwarzanych metodami włókienniczymi ale o projektach, w których uczestniczyli moi rodzice, byłem informowany przy okazji jakiegoś wydarzenia, którego elementem był efekt pracy ich lub projekt im znany.
PolubieniePolubienie
Słyszałam o sztucznych żyłach i o nich właśnie zamierzałam napisać w książce, bo to jest jednak informacja, która ma potwierdzenie w rzeczywistości. A czy Pana rodzice byliby skłonni porozmawiać o swojej pracy? Z ogromną chęcią zrobiłabym wywiad.
PolubieniePolubienie
Ciężko będzie, mają miejscówkę na Dołach.
PolubieniePolubienie
Ech, rozumiem. Gdyby jednak trafiły się jakieś inne kontakty do osób pracujących dawniej przy takich projektach, to chętnie przyjmę.
PolubieniePolubienie
Przykro mi ale już wszyscy z tamtych czasów, których znałem, są po tamtej stronie. Nie dziwota, bo ich dzieci są emerytami.
PolubieniePolubienie
Dodam jeszcze, że ja jako dzieciak byłem etapem w sprawdzaniu efektów użytkowych wielu projektów Instytutu Włókiennictwa polegających na opracowywaniu i wdrażaniu do produkcji nowych włókien, technologii wykończalniczych i metod produkcyjnych. Po opracowaniu jakiegoś włókna lub technologii produkowano oczekiwany wyrób płaski a z tego szyto ciuch na mnie na miarę. Wszystko w systemie laboratoryjnym. Następnie ja dostawałem ciuch i musiałem go użytkować. Po określonym czasie ciuch wracał do IW i był badany na wszelkie sposoby. Często ciuch mi się niekoniecznie podobał albo był obciachowy ze względu na materiał, z którego był uszyty. Ale przysłużenie się nauce przez duże „N”, szczególnie rodzicom, było na pierwszym miejscu.
PolubieniePolubione przez 1 osoba