Aleja Włókniarek, archiwistyka społeczna, historie mówione, moje archiwum

Mała przypowieść o czerwonym sweterku

Krótka refleksja na bazie doświadczenia pracy ze zbieraniem historii mówionych.

W opowieściach często wracają motywy, które skłonni jesteście ignorować – anegdotki, elementy pozornie trywialne. Bywacie rozbawieni, zaniepokojeni, albo już trochę zmęczeni. Może nawet ignorujecie te opowieści, bo oczekiwania wobec wywiadu były inne. Zatrzymajcie się przy nich na chwilę, obejrzyjcie z różnych stron, sprawdźcie czy pod spodem nie ma większej historii.

Trauma często nie może zostać opowiedziana, dlatego pamięć wykorzystuje symbole maskujące, metafory dla trudnych doświadczeń, albo wręcz przeciwnie – dany motyw, który się powtarza jest próbą przeciwstawienia się zniszczeniu, konstruktywnego buntu, budowania świata wokół tego, czego akurat można się chwycić. Tak jak kredens w opowieści Heleny z początku rozdziału Chór przodownic pracy w Alei Włókniarek.

Warto rozwijać uważność na takie niuanse, ale nie interpretować ich według z góry założonych schematów. Jak pisał Jung: przyjmując pozycję obserwatora zawsze należy pamiętać, że ocalali z traumy są kimś więcej niż sumą własnych zranień *.

Każdy symbol ma znaczenie indywidualne i powinien być interpretowany w kontekście danej historii. Na przykład dla mnie czerwony sweter zawsze oznaczał płaszcz ochronny, talizman pewności siebie, próbę wchodzenia w lepsze czasy (lub przynajmniej trzymania się ich wspomnienia). W przeciwieństwie do Marii, której drugowojenna opowieść również zawarta jest rozdziale Chór przodownic pracy:

​Maria najmocniej zapamiętała historię ze sweterkiem. Mały dramat rozpisany na kilka postaci (ona, zbolała matka, pazerna babka i pijany niemiecki żołnierz) oraz rzeczy (sweterek, ciężkie żołnierskie buty, garść grochu i marchew, która wdeptana w śnieg, wyglądała jak krew). Poza tym zapamiętała jeszcze dziury w mundurach radzieckich żołnierzy. Maria to nie jest jej prawdziwe imię, brakuje jej danych, więc roboczo nazwałam ją popularnym wtedy imieniem. Po ukończeniu trzynastego roku życia dostała nakaz pracy w zakładzie konfekcyjnym Wartheland. W chwilach wolnych od szycia nieletnie pracownice angażowano tam do prucia żołnierskich mundurów przysyłanych z frontu. Odzyskany materiał po przerobieniu i przefarbowaniu na czarno wykorzystywała niemiecka organizacja Todt. „Mundury miały ślady kul, co robiło na nas silne wrażenie, dotykałyśmy ich z czcią, wiedząc, że niejedno życie w nich wygasło”​.

Dla Marii sweterek również miał pozytywne znaczenie, ale – w mojej interpretacji, musicie mi wierzyć na słowo – stał się symbolem dzieciństwa zabranego przez wojnę.

​To szczególnie​ ważne przy opowieściach kobiet, w których życie codzienne, wytrwałe trwanie w codzienności, często dominuje nad heroicznymi przygodami, które można znaleźć w opowieściach męskich. To po prostu inny sposób, inny wzorzec snucia historii.​ ​

W opowieści ważne jest także milczenie. Pewnych rzeczy nie da się zrozumieć bez patrzenia na rozmówczynię i wyczuwania jej energii. Ludzkich neuronów na dłuższą metę nie da się oszukać kontaktami zdalnymi, o czym przekonaliśmy się podczas pandemii. Nic nie zastąpi spotkania na żywo. (Już nie tak nowe) technologie dają nam wspaniałe możliwości, ale zdalne rozmowy zawsze na dłuższą metę okazują się po prostu męczące i nie dające szansy na pogłębione zrozumienie drugiej osoby.

Jeśli ktoś jednak docelowo wybiera pracę wyłącznie z archiwaliami, może skorzystać z mikroporadnika Jak pracować z martwymi kobietami, który opublikowałam w listopadzie 2018 roku TUTAJ.

*Psychologia a religia zachodu i wschodu, tłum. R. Reszke, Warszawa 2015, za: Ursula Wirtz, Umieranie i stawanie się. Transformacyjna moc traumy, tłum. T. J. Jasiński, Czeladź 2021.

Zwykły wpis
Aleja Włókniarek, archiwistyka społeczna, reportaż

Futbolistki

Zaczęło się od od rozmowy z dwoma dawnymi włókniarkami opowiadającymi o rozrywkach poza pracą:

Na stoliku koło nas leżą rozrzucone fotografie z życia zakładów imienia Marchlewskiego. Ze zdziwieniem wyciągam czarno-białe zdjęcie dwóch młodych dziewczyn walczących na boisku o przejęcie piłki nożnej.

Janina: O, ja też przyniosłam zdjęcie, jak kobiety grały. – Wyciąga drugą, podobną fotografię.
Ewa: Siostra grała, ja też grałam. Ze Startem. Jak nam baty dali… Ale wygrałyśmy.
M.M.: Były żeńskie drużyny piłki nożnej? Przy Marchlewskim?
Janina: Tak. To jest mecz między tkalnią a wykończalnią.
Ewa: Ja normalnie od krosien odeszłam, żeby zagrać.
*

Od kilku lat nie daje mi spokoju, że ten wątek nie został rozbudowany w książce Aleja Włókniarek, choć zdecydowanie na to zasługiwał. Mecz ze Startem dział się w czasach, kiedy zawodowi piłkarze fasadowo zatrudnieni byli w fabrykach na włókienniczych etatach, bo takie były meandry finansowania PRL-owskiego sportu. Żaden z nich nie biegł na mecz prosto od krosien.

Mam nadzieję nadrobić te zaległości dzięki stypendium na reportaż literacki, który ukaże się w prasie. Poszukuję futbolistek, piłkarek, kobiet, które kopały piłkę w czasie PRL-u lub później – w łódzkich klubach sportowych, Towarzystwach Krzewienia Kultury Fizycznej, przy fabrykach włókienniczych czy innych zakładach pracy, na boiskach między blokami – i które zgodzą się opowiedzieć mi swoją historię.

Jeśli jesteś taką osobą lub znasz kogoś takiego – pisz proszę: marta.madejska@gmail.com

Projekt realizowany w ramach Stypendium Artystycznego Prezydent Miasta Łodzi.

*Aleja Włókniarek, M. Madejska, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2019, s. 297

Fragment artykułu z magazynu „Piłka Nożna” 1976 nr 51/52

Zwykły wpis