Dzikie jeżyny wybijające się z bruku, wiesiołek i pionierskie brzozy, samosiejna jabłoń, wierzby i paprocie. Ruiny olbrzymiej fabryki, po której nawet przy dzisiejszych zniszczeniach widać, że była bardzo nowoczesna, kiedy ją sprzedano. Najpierw ambitnemu, angielskiemu tenisiście, który chciał robić trykotaże sportowe, ale mu się nie skalkulowało, a potem mężczyźnie z walizką pieniędzy, który po prostu pojawił się w odpowiednim momencie (a potem zniknął). Maszyny pojechały do Jordanii sprzedane podczas jednej, trzygodzinnej aukcji. Był początek lat 90. i życie okolicy miało się już na zawsze zmienić.
Złamane biografie, rozbita wspólnota, wymierająca miejscowość, wciąż tlący się żal. Wszystko to dobrze mi znajome historie, tylko tym razem opowiadane po niemiecku (z tłumaczką symultaniczną w moim w uchu), oczywiście ze wschodniej strony Muru Berlińskiego.










Ogólnie Wittstock, którego tekstylne tradycje sięgały średniowiecza, a dziś zieją pustką pofabrycznych pustostanów, jest schludnym i odpicowanym miasteczkiem (z bezrobociem i emigracją w tle). Tym bardziej odcina się ogromna (naprawdę olbrzymia) postindustrialna rana w tkance miasta. Zdewastowana jest zarówno historyczna zabudowa z XIX w. należąca do samorządu (dawni właściciele nie zgłosili się na fali reprywatyzacji), jak i wybudowany w latach 60. XX w. kombinat łączący część produkcyjną i rozbudowane usługi socjalne. Większość budynków jest już w stanie śmierci technicznej, niemożliwa do uratowania. Pochodzący z Afganistanu tajemniczy Pan Khan – mężczyzna z walizką pieniędzy – swoją nieobecnością i zaniechaniem zadbania o teren kombinatu podsyca ogień goryczy, na którym chętnie żeruje skrajna, rasistowska prawica. Pan Khan nominalnie miał się zajmować handlem suszonymi owocami, ale tak się jakoś złożyło, że w minionych dekadach różne rzeczy widywano w magazynach (łącznie z łodziami). Hale fabryczne rozpadają się opustoszałe, żadnych fruktów tam nie widać, a słychać tylko kapiącą z dziurawego dachu wodę.
„Własność jest dzisiaj w Niemczech święta”- mówi bezradnie burmistrz – „nie możemy nic zrobić”.
„Po zamknięciu fabryki straciliśmy poczucie bezpieczeństwa, straciliśmy kontakt, już nie wiemy, jak do siebie dotrzeć” – mówią dawne pracownice i pracownicy kombinatu.
Znajome straty, znajome mechanizmy rynkowe, znajomy impas władz, witajcie w globalnym świecie. Zaproszono mnie do Wittstock, żeby wnieść „zewnętrzną” perspektywę w lokalną rozmowę i jedyne, co mogłam im opowiedzieć, to jak wiele widziałam takich postindustrialnych ran. I że wiem, co czują.
W niewielkim hoteliku, w którym mnie nocowano można zjeść śniadanie z widokiem na bujne, różane kwiatostany i pofabryczne ruiny jednocześnie. Spytano mnie, jak się czuję widząc ten krajobraz. Odparłam: „Feels like home”.





***
OTB doczekało się wystawy wspominkowej w lokalnym muzeum, ale była ona tylko tymczasowa i została już zwinięta. Na stałe można się tam zapoznać z historią wojny trzydziestoletniej oraz z niezwykle intrygującą wystawą na temat… kaczki w alternatywnej historii sztuki.






