Aleja Włókniarek, archiwistyka społeczna, fotografia

„Nie samą pracą człowiek żyje” – wystawa w Muzeum Miasta Łodzi

Do 30 marca 2026 roku w Muzeum Miasta Łodzi można obejrzeć wystawę opartą na fotografiach archiwalnych, której mam przyjemność być pomysłodawczynią i kuratorką. Wystawa powstała we współpracy z Fotofestiwalem. Staram się na niej kontynuować wątki zapoczątkowane w Alei Włókniarek, choć wychodzę daleko poza włókiennictwo. Udało mi się wreszcie pokazać zdjęcia z Archiwum Etnograficznego im. Bronisławy Kopczyńskiej Jaworskiej IEiAK UŁ, które są w Alei opisane, ale nie mogły zostać w niej wydrukowane. Ponadto wyciągam rarytasy ze zbiorów Muzeum Miasta Łodzi i ulubione zasoby z Miastografu, kilka świetnych zdjęć z Fundacji Archeologii Fotografii i NAC.

Wystawa dedykowana każdej osobie zainteresowanej fotografią, archiwami i historią społeczną, ale też każdej, która ma ochotę się pozastanawiać – nad przeszłością i teraźniejszością, swoją pracą i nie-pracą oraz na tym, jak to wszystko wygląda na zdjęciach.

Na marginesie można jeszcze wysnuć refleksję o tym, jak razem z fotografią analogową (tylko taka prezentowana jest na wystawie) zniknął fenomen rewersu zdjęcia…

Z opisu wystawy:

Jeśli spojrzymy na historię XIX i XX wieku, zauważymy, że w życiu przeciętnego człowieka większość godzin niemal każdego dnia, tygodnia, miesiąca i roku wypełniała praca. Być może dlatego tak często stawała się ona częścią tożsamości, a w miejscu pracy zawiązywały się bliskie relacje. Niekiedy kilka pokoleń jednej rodziny łączył ten sam zawód. Czasami migrujący ludzie tworzyli rodziny i społeczności zupełnie od nowa, w oparciu właśnie o miejsce pracy.

Dlatego tak trudno jest przy badaniu archiwalnych zdjęć wytyczyć, gdzie przebiegają na nich granice między życiem zawodowym a prywatnym. Na przecięciu tych dwóch obszarów rozgrywało się bogactwo życia społecznego Łodzi, uwiecznione na starych fotografiach. Można je dzisiaj odnaleźć w łódzkich archiwach, zarówno rodzinnych, jak i instytucjonalnych, w których mieszają się różne epoki, zawody i klasy społeczne, różne momenty życia.

Kiedy wyjmiemy z tych zbiorów nieruchome obrazy pracy lub przeciwnie – fajrantu, święta i czasu wolnego – nie zobaczymy kryzysu, wyzysku, wojny i zagłady, żadnych tragicznych wydarzeń historycznych minionych dwóch wieków. O tym czego nie widać, trzeba pamiętać przyglądając się uważnie temu, co jest, co można ułożyć w opowieść o trwaniu i zmianie, których doświadczają kolejne pokolenia Łodzian i Łodzianek.

Na wystawie „Nie samą pracą człowiek żyje” pierwszą oś opowieści wyznaczyły zdjęcia związane z pracą w Łodzi – nie tylko w fabrykach włókienniczych, które kojarzą się z tym miastem, ale też w kuchniach, aptekach, kanałach, szpitalach, biurach i na placach budowy. Drugą oś stanowią zdjęcia prywatne – ani tak banalne ani tak niewinne, jak mogłoby się wydawać na pierwszy rzut oka.

Broszurę towarzyszącą wystawie można przejrzeć lub pobrać poniżej:

***

Partnerzy: Fotofestiwal Lodz, Miastograf – Cyfrowe Archiwum Łodzian
Kuratorka wystawy: Marta Madejska
Identyfikacja graficzna: Polkadot
Koordynacja: Jarosław Zajączkowski
Patronat honorowy: Rektor Uniwersytetu Łódzkiego
Patroni medialni: TVP Kultura, Tok FM, Kalejdoskop
Partner Fotofestiwalu: Veolia
Zadanie współfinansowane ze środków Miasta Łodzi. 

LINK dla osób uczestniczących w fakultecie na Uniwersytecie Łódzkim.

Zwykły wpis
Post-Industralia, Przypowieści o transformacji

Wittstock, OTB – Obertrikotagenbetrieb (und Ente)

Dzikie jeżyny wybijające się z bruku, wiesiołek i pionierskie brzozy, samosiejna jabłoń, wierzby i paprocie. Ruiny olbrzymiej fabryki, po której nawet przy dzisiejszych zniszczeniach widać, że była bardzo nowoczesna, kiedy ją sprzedano. Najpierw ambitnemu, angielskiemu tenisiście, który chciał robić trykotaże sportowe, ale mu się nie skalkulowało, a potem mężczyźnie z walizką pieniędzy, który po prostu pojawił się w odpowiednim momencie (a potem zniknął). Maszyny pojechały do Jordanii sprzedane podczas jednej, trzygodzinnej aukcji. Był początek lat 90. i życie okolicy miało się już na zawsze zmienić.

Złamane biografie, rozbita wspólnota, wymierająca miejscowość, wciąż tlący się żal. Wszystko to dobrze mi znajome historie, tylko tym razem opowiadane po niemiecku (z tłumaczką symultaniczną w moim w uchu), oczywiście ze wschodniej strony Muru Berlińskiego.

Ogólnie Wittstock, którego tekstylne tradycje sięgały średniowiecza, a dziś zieją pustką pofabrycznych pustostanów, jest schludnym i odpicowanym miasteczkiem (z bezrobociem i emigracją w tle). Tym bardziej odcina się ogromna (naprawdę olbrzymia) postindustrialna rana w tkance miasta. Zdewastowana jest zarówno historyczna zabudowa z XIX w. należąca do samorządu (dawni właściciele nie zgłosili się na fali reprywatyzacji), jak i wybudowany w latach 60. XX w. kombinat łączący część produkcyjną i rozbudowane usługi socjalne. Większość budynków jest już w stanie śmierci technicznej, niemożliwa do uratowania. Pochodzący z Afganistanu tajemniczy Pan Khan – mężczyzna z walizką pieniędzy – swoją nieobecnością i zaniechaniem zadbania o teren kombinatu podsyca ogień goryczy, na którym chętnie żeruje skrajna, rasistowska prawica. Pan Khan nominalnie miał się zajmować handlem suszonymi owocami, ale tak się jakoś złożyło, że w minionych dekadach różne rzeczy widywano w magazynach (łącznie z łodziami). Hale fabryczne rozpadają się opustoszałe, żadnych fruktów tam nie widać, a słychać tylko kapiącą z dziurawego dachu wodę.

„Własność jest dzisiaj w Niemczech święta”- mówi bezradnie burmistrz – „nie możemy nic zrobić”.

„Po zamknięciu fabryki straciliśmy poczucie bezpieczeństwa, straciliśmy kontakt, już nie wiemy, jak do siebie dotrzeć” – mówią dawne pracownice i pracownicy kombinatu.

Znajome straty, znajome mechanizmy rynkowe, znajomy impas władz, witajcie w globalnym świecie. Zaproszono mnie do Wittstock, żeby wnieść „zewnętrzną” perspektywę w lokalną rozmowę i jedyne, co mogłam im opowiedzieć, to jak wiele widziałam takich postindustrialnych ran. I że wiem, co czują.

W niewielkim hoteliku, w którym mnie nocowano można zjeść śniadanie z widokiem na bujne, różane kwiatostany i pofabryczne ruiny jednocześnie. Spytano mnie, jak się czuję widząc ten krajobraz. Odparłam: „Feels like home”.

***

OTB doczekało się wystawy wspominkowej w lokalnym muzeum, ale była ona tylko tymczasowa i została już zwinięta. Na stałe można się tam zapoznać z historią wojny trzydziestoletniej oraz z niezwykle intrygującą wystawą na temat… kaczki w alternatywnej historii sztuki.

Zwykły wpis
Aleja Włókniarek, archiwistyka społeczna, na marginesie

Krótka przypowieść o tekstylnych penisach, których nie było oraz Post Scriptum strajkowej opowieści o ****

Historia zaczyna się tak: pewnego razu napisała do mnie badaczka tematu transpłciowości w PRL (tak, już wtedy się tym zajmowano w państwowej ochronie zdrowia). W swojej kwerendzie natknęła się na ciekawy wątek – o protezach penisa, które rzekomo wytwarzane były w fabryce tekstylnej gdzieś w Łodzi i których produkcja ustała w trakcie wielkich likwidacji przemysłu w latach 90. „Przemysł, transformacja i płeć – to jest temat dla ciebie!” – napisała. Ależ oczywiście, rozpaliłam się niczym pochodnia i ruszyłam na poszukiwania, które…

Zakończyły się całkowitym fiaskiem.

Emerytowana profesorka medycyny (a dokładniej chirurgii plastycznej), z którą udało mi się wreszcie skontaktować, nieco obruszyła się na moje pytania, ale odpowiedziała niezwykle profesjonalnie i merytorycznie:

Pani wiadomości są nieprawdziwe. U mężczyzn nie posiadających prącia trzeba je wytworzyć z jego własnych tkanek i ewentualnie usztywnić protezą śródtkankową. Z reguły stosuje się protezy silikonowe. Myślę, że Panią interesują protezy z poliestru, które stosowaliśmy jako szkielet małżowiny usznej w rekonstrukcji ucha zewnętrznego, w mikrocji. Te protezy wykonywało Laboratorium Przemysłu Włókienniczego w Łodzi. Od wielu lat stosujemy w tych przypadkach własną chrząstkę żebrową. 

Zapowiadało się więc na historię seksowną, chwytliwą, klikbait na lajki, a tu życie pokazało… ucho.

Wciąż mogłabym zrobić z tego anegdotę w nowej książce i opowiedzieć – tak jak powyżej – o penisach, których jednak nie było. Ale nie zrobię.

Znam realia promocji książek już na tyle dobrze, żeby wiedzieć, że anegdotka o penisach byłaby tym, o co pytałby co trzeci dziennikarz. Skąd to przypuszczenie? Dlatego, że kiedy trwała promocja Alei Włókniarek często pytali mnie o legendę o włókniarce, która ponoć pokazała pośladki jednemu z oficjeli podczas strajków w Łodzi w lutym 1971 roku. Nie byli zainteresowani postulatami włókniarek, ich wspaniałą samoorganizacją i przyczynami buntu. Nie chcieli też zrozumieć specyfiki ludowego humoru-oporu, przepełnionego takimi legendami, jak ta o obnażonych pośladkach, która krążyła w wielu wersjach i wielu miejscach (np. również w Żyrardowie). Chcieli wiedzieć czy naprawdę była tam goła ****.

Odpowiadam raz na zawsze: nie wiadomo.

Oczywiście szalenie ciekawy pozostaje temat innych rzeczy, które obok protezy małżowiny usznej wytwarzano w Laboratorium Przemysłu Włókienniczego w Łodzi, a także w innych jednostkach badawczych przy przemyśle oraz na Politechnice Łódzkiej – jak sztuczne żyły czy zastawki serca. To temat, który od dawna czeka na opracowanie i obiecuję kiedyś zrobić o tym osobny wpis.

Zwykły wpis
archiwistyka społeczna, historie mówione, Post-Industralia, Przypowieści o transformacji

Prywatyzacja, dramokracja i łączenie kropek

Kilka dni temu wrzuciłam na FB post, który odbił się zaskakująco szerokim echem (relatywnie rzecz biorąc, jak na cokolwiek, co ociera się o historię gospodarczą). Zamieszczam go więc i tutaj w celach archiwizacyjnych.

To jest tekst, w którym usiłuję połączyć kilka kropek.

Kilka lat temu przy okazji Campus Polska ktoś z młodzieżówki „Nowoczesnej” w mediach społecznościowych okrzyknął Leszka Balcerowicza bogiem. Potem w 2021 roku LB przyjechał do Łodzi na spotkanie, na którym padły różne zdania o tym, jak to transformacja ustrojowo-gospodarcza się powiodła. Ponieważ lokalne media zareagowały na to żywiołowo i rozdzwoniły się telefony osób związanych z historią miasta, zespół Miastografu, który stworzył dosyć grubą książkę o łódzkim przemyśle pod znamiennym tytułem „Wielki przemysł, wielka cisza” postanowił napisać bardziej rozbudowaną, merytoryczną odpowiedź. W liście otwartym pisaliśmy jak poniżej (a na podkładkę pod wszystko, co piszemy naprawdę mamy raporty Najwyższej Izby Kontroli, grube pliki kwerendy wyciągniętej z archiwów i wiele godzin nagranych wywiadów):

„[…] A czymże w istocie powinna być prywatyzacja? Otóż powinien być to środek do osiągnięcia pewnych celów, a nie cel sam w sobie. […] W zamian za przekazany majątek państwo powinno otrzymać godziwe pieniądze. Nie są to stwierdzenia kontrowersyjne.

Jeśli spojrzymy na prywatyzację łódzkich zakładów pracy, okaże się, że powyższy model, choć oczywiście jest jedynie teoretyczny, nie został zrealizowany niemal w żadnym przypadku, a udane prywatyzacje potwierdzają tę regułę. Wspomniany Emanuel Savas jest autorem książki “Prywatyzacja. Klucz do lepszego rządzenia”, przetłumaczonej na język polski i wydanej w dużym nakładzie w Polsce przez Państwowe Wydawnictwo Ekonomiczne już w 1992 roku. Znajdziemy tam opis szeregu zagrożeń związanych z denacjonalizacją i praktyczne sposoby postępowania. Konfrontacja książki nieprzejednanego zwolennika wolnego rynku, Savasa z polską rzeczywistością lat 90. XX wieku może okazać się dla tutejszych doktrynerów wolnego rynku co najmniej kłopotliwa. Czy w ich oczach Savas jest więc komunistą?

[…] Naiwnością jest stwierdzenie, że uczymy się na błędach z historii. Nie oznacza to jednak, że nie należy próbować. Doświadczenie polskiej transformacji jest dość unikalne i na pewno jest to jeden z najważniejszych procesów gospodarczych w Europie ostatnich dekad. Wskaźniki gospodarcze rzeczywiście pokazują znaczącą zmianę w poziomie życia w Polsce pomiędzy rokiem 1989 a rokiem 2021. Trzeba jednak zadać pytanie: czy było do tego potrzebne 100 tysięcy bezrobotnych łodzianek i łodzian? Czy to jest ten słynny „nawóz historii”?

A może warto dociekać dalej i zapytać wreszcie: gdzie byłaby dziś Polska i gdzie byłaby Łódź, gdyby nie nastąpiła tak gwałtowna deindustrializacja i masowe zwolnienia z pracy? Co by się stało gdyby prywatyzacja została przeprowadzona skutecznie i celowo? Gdyby nie zerwano ciągłości myśli technicznej, kadra inżynierska nie wyjechała w świat, a majątek narodowy budowany przez dwa pokolenia Polaków nie przepadł? Czas najwyższy wyjść poza opowieść o czarno-białej opozycji brzydkiego PRL-u i świetlanych szans które przyniósł kapitalizm. Rzeczywistość jest bardziej złożona.

Światowy mainstream nauk ekonomicznych jest już w zasadzie zgodny, że ekonomia bez socjologii nie ma większego sensu. Pokazały to już doświadczenia Wielkiego Kryzysu. By zapobiec takim katastrofom, jak w latach 30. XX wieku, państwa ratują wielkie zakłady pracy, aby uniknąć klęski społecznej i kosztów ekonomicznych, które pociąga za sobą zdestabilizowanie życia tysięcy rodzin. Dlaczego odmówiono jakiejkolwiek pomocy łódzkim przedsiębiorstwom? Co więcej, dlaczego im PRZESZKADZANO w tym, by przestawiły się na nowe tory i zyskały konkurencyjność? I dlaczego nie mamy prawa zadawać takich pytań, jak zdawał się sugerować prof. Balcerowicz podczas spotkania na Igrzyskach Wolności? Ekonomia to żywa nauka, która zmienia się i ewoluuje, próbując tłumaczyć nam skomplikowane zjawiska zachodzące w globalnym świecie. Jeśli ktoś tkwi mentalnie w doktrynach amerykańskich z lat 70. XX wieku, to, delikatnie mówiąc, nie jest na bieżąco.[…]”

Cały tekst pt. „Spotkanie z bogiem – odpowiedź na raport o >>udanej transformacji<<„można znaleźć pod linkiem tutaj: https://www.miastograf.pl/blog/29

A teraz ostatnia kropka: w roku 2023 PiS ogłasza referendum, w którym jedno z pytań ma brzmieć: „Czy popierasz wyprzedaż majątku państwowego podmiotom zagranicznym, prowadzącą do utraty kontroli Polek i Polaków nad strategicznymi sektorami gospodarki?”. Choć kontroli żadnej nie ma, państwowych przedsiębiorstw jest obecnie garstka i zupełnie nie wiadomo, o które z nich miałoby tutaj chodzić. Ale (w polu oferowanym mi przez algorytmy) nikt się o tym nadmiernie nie rozpisuje, gdzieniegdzie tylko rzucono uwagę o próbach mobilizacji „żelaznego elektoratu”, tweety (exy) rozpala chwilowo sprawa „symetryzmu”, a za tydzień będzie to już co innego.

Dziękuję. Kurtyna.

Za którą już w kuluarach wysnuwam teorie o zarządzaniu traumą i o tym dlaczego w Polsce wciąż/znów żyjemy w latach 90. W okolicach 1992/1993 roku w uwolnionej od cenzury, choć schyłkowej już Polskiej Kronice Filmowej (istniała tylko do 1994) pojawia się powtarzane regularnie określenie „brutalizacja polityki”. Narratorzy PKF w głębokim zdziwieniu obserwowali, jak wystarczy jedna afera lub kilka teczek, żeby dyskusje o najbardziej palących społecznie kwestiach – prywatyzacji przemysłu, ochronie zdrowia czy edukacji, po prostu przestawały istnieć dla polityków i ciągnących się za nimi mediów. Dramokracja, a obecnie dzięki internetowi inbokracja, to prymarny ustrój III RP.

Na fotografii: tendencyjny obrazek łódzkich ruin pofabrycznych, które były „niewystarczająco zaradne” w okresie prywatyzacji. Nowa tkalnia Unionteksu. Fot. Wiesław Kaczmarek.

Zwykły wpis