Aleja Włókniarek, archiwistyka społeczna, historie mówione, moje archiwum

Mała przypowieść o czerwonym sweterku

Krótka refleksja na bazie doświadczenia pracy ze zbieraniem historii mówionych.

W opowieściach często wracają motywy, które skłonni jesteście ignorować – anegdotki, elementy pozornie trywialne. Bywacie rozbawieni, zaniepokojeni, albo już trochę zmęczeni. Może nawet ignorujecie te opowieści, bo oczekiwania wobec wywiadu były inne. Zatrzymajcie się przy nich na chwilę, obejrzyjcie z różnych stron, sprawdźcie czy pod spodem nie ma większej historii.

Trauma często nie może zostać opowiedziana, dlatego pamięć wykorzystuje symbole maskujące, metafory dla trudnych doświadczeń, albo wręcz przeciwnie – dany motyw, który się powtarza jest próbą przeciwstawienia się zniszczeniu, konstruktywnego buntu, budowania świata wokół tego, czego akurat można się chwycić. Tak jak kredens w opowieści Heleny z początku rozdziału Chór przodownic pracy w Alei Włókniarek.

Warto rozwijać uważność na takie niuanse, ale nie interpretować ich według z góry założonych schematów. Jak pisał Jung: przyjmując pozycję obserwatora zawsze należy pamiętać, że ocalali z traumy są kimś więcej niż sumą własnych zranień *.

Każdy symbol ma znaczenie indywidualne i powinien być interpretowany w kontekście danej historii. Na przykład dla mnie czerwony sweter zawsze oznaczał płaszcz ochronny, talizman pewności siebie, próbę wchodzenia w lepsze czasy (lub przynajmniej trzymania się ich wspomnienia). W przeciwieństwie do Marii, której drugowojenna opowieść również zawarta jest rozdziale Chór przodownic pracy:

​Maria najmocniej zapamiętała historię ze sweterkiem. Mały dramat rozpisany na kilka postaci (ona, zbolała matka, pazerna babka i pijany niemiecki żołnierz) oraz rzeczy (sweterek, ciężkie żołnierskie buty, garść grochu i marchew, która wdeptana w śnieg, wyglądała jak krew). Poza tym zapamiętała jeszcze dziury w mundurach radzieckich żołnierzy. Maria to nie jest jej prawdziwe imię, brakuje jej danych, więc roboczo nazwałam ją popularnym wtedy imieniem. Po ukończeniu trzynastego roku życia dostała nakaz pracy w zakładzie konfekcyjnym Wartheland. W chwilach wolnych od szycia nieletnie pracownice angażowano tam do prucia żołnierskich mundurów przysyłanych z frontu. Odzyskany materiał po przerobieniu i przefarbowaniu na czarno wykorzystywała niemiecka organizacja Todt. „Mundury miały ślady kul, co robiło na nas silne wrażenie, dotykałyśmy ich z czcią, wiedząc, że niejedno życie w nich wygasło”​.

Dla Marii sweterek również miał pozytywne znaczenie, ale – w mojej interpretacji, musicie mi wierzyć na słowo – stał się symbolem dzieciństwa zabranego przez wojnę.

​To szczególnie​ ważne przy opowieściach kobiet, w których życie codzienne, wytrwałe trwanie w codzienności, często dominuje nad heroicznymi przygodami, które można znaleźć w opowieściach męskich. To po prostu inny sposób, inny wzorzec snucia historii.​ ​

W opowieści ważne jest także milczenie. Pewnych rzeczy nie da się zrozumieć bez patrzenia na rozmówczynię i wyczuwania jej energii. Ludzkich neuronów na dłuższą metę nie da się oszukać kontaktami zdalnymi, o czym przekonaliśmy się podczas pandemii. Nic nie zastąpi spotkania na żywo. (Już nie tak nowe) technologie dają nam wspaniałe możliwości, ale zdalne rozmowy zawsze na dłuższą metę okazują się po prostu męczące i nie dające szansy na pogłębione zrozumienie drugiej osoby.

Jeśli ktoś jednak docelowo wybiera pracę wyłącznie z archiwaliami, może skorzystać z mikroporadnika Jak pracować z martwymi kobietami, który opublikowałam w listopadzie 2018 roku TUTAJ.

*Psychologia a religia zachodu i wschodu, tłum. R. Reszke, Warszawa 2015, za: Ursula Wirtz, Umieranie i stawanie się. Transformacyjna moc traumy, tłum. T. J. Jasiński, Czeladź 2021.

Zwykły wpis
na marginesie, Przypowieści o transformacji

to w niej tkwi nałóg

Już od prawie dekady robię kwerendę w Polskiej Kronice Filmowej oraz późniejszych post-PKF-owych notacjach i co jakiś czas jest to zupełnie nowa przygoda, bo w tle potyczek archiwistycznych toczą się rozgrywki prywatyzacji i praw autorskich, znikających i powstających stron internetowych z katalogami, tworzonych i likwidowanych instytucji, zbiorów przekazywanych do innych instytucji, które twierdzą, że ich nie mają etc. etc. etc. Natomiast samo doświadczenie oglądania odcinków z lat 90. pozostaje niezmiennie wciągające i przez lata zastępowało mi wszystkie platformy streamingowe razem wzięte.

I tak na przykład w nr 8 z 1993 roku mamy sejmowe przepychanki budżetowe („budżet złudnych obietnic i destabilizacji”) oraz niszczenie grobów (również wciąż u nas aktualne, choć dzisiaj w trendach są raczej pożydowskie). Zaraz po tych politycznych i dramatycznych materiałach, a przed rozdziałem „Czar kabla” („ja jestem człowiek wolny i ja chcę to co chcę znaleźć”), następuje czysto poetycka notacja, w której ścieżka dźwiękowa seansu hipnotycznego poświęconego rzucaniu palenia podłożona jest pod wyłapane w przestrzeni miast reklamy znanych marek papierosowych – czyli ten upragniony kolor, który wdzierał się w awangardzie kapitalizmu na szare po-PRL-owskie mury – obok (niezbyt wesołych, ale wciąż szukających nadziei) twarzy palących obywateli i obywatelek III RP.

Proszę się odprężyć

Całe ciało w pełnym luzie

Będzie pani relaksować poszczególne części ciała

Zaczynamy od głowy

Odpręża pani czoło

Czoło jest odprężone

Zrelaksowane

Odpręża pani teraz mięśnie policzków i mięśnie ust

Zęby są niezaciśnięte

Zaciśnięte zęby powodują

naprężenie mięśni w pozostałych częściach ciała

W okolicy serca, pod mostkiem, robi się ciepło

Ciepło rozchodzi się po barkach

Wchodzi do barku prawego i barku lewego

Odpręża pani teraz lewe ramię

Obie ręce, klatka piersiowa, są odprężone

Odprężenie schodzi w dół

Niech pani sobie wyobrazi, że jest pani

w bardzo pięknej okolicy

Jest tam świeże powietrze, piękna pogoda

Tak jest tam pani dobrze, że nie chce się pani

nic

A przede wszystkim nie chce się pani palić

Papierosy są zupełnie obojętnie

Absolutnie obojętne

W procesie palenia papierosów bierze przede wszystkim

udział pani podświadomość

To ona jest siedliskiem pani przyzwyczajenia

To w niej tkwi pani nałóg

Zwykły wpis
Przypowieści o transformacji, warsztaty pisarskie

CK Zamek – Postscriptum

Po miesiącu spędzonym w Centrum Kultury Zamek w Poznaniu pozostała notka o tej niezwykłej budowli, stworzona w ramach warsztatów pisarskich, które tam prowadziłam, oraz nagranie rozmowy z Martyną Nicińską z cyklu „Zamieniam się w słuch” (poniżej). Do Poznania wrócę jeszcze na spotkanie autorskie prawdopodobnie w styczniu 2022 r.

Zamek

Zamieszkałam w znacjonalizowanym, poniemieckim i pocesarskim zamku, na poddaszu z widokiem na kolumnady Collegium Maius i pegaza na portyku Teatru Wielkiego. Codziennie kilka razy schodzę z wieży i wspinam się na sam szczyt baszty po wąskich, krętych schodach, którymi kiedyś przemieszczała się tylko służba. Na poddaszu pachnie starym drewnem i jedzeniem, bo w piwnicy jest restauracja, słychać dzwony kościoła, dalekie głosy i kroki ludzi, stukanie tramwajów przy ulicy Fredry, czasem chóry chłopców krzyczących, że “jebać policję”.

Dachy przystanków, które widzę z okna pokoju są zielone mchem. Podłogi trochę skrzypią, w rurach coś szumi, grzejniki śpiewają wypuszczając powietrze zaworami, a ściany w kuchni są delikatnie spękane, bo mury wciąż pracują. Drżeniem niosą basy muzyki z niższych pięter i rotacje wirującej pralki.

Zawsze, kiedy wcześniej przyjeżdżałam do Poznania, ten zamek wydawał mi się jakąś bryłą niemal kosmiczną. I miałam rację. Tutaj na każdym kroku zakrzywia się czasoprzestrzeń. W marmurowych podłogach odciśnięte są prawieczne amonity, mieszkalne gabinety wciąż pachną drewnem pociętym dziesiątki lat temu, a kiedy idzie się przez korytarz w stukających butach, echo przeszywa grozą i przywodzi na myśl wszystkie obejrzane filmy o hitlerowskich oficerach, co jest wysoce adekwatnym skojarzeniem, biorąc pod uwagę, że mieszkał tu namiestnik III Rzeszy, a wystrój dostosowano do gustu Fürera. Tymczasem bryły piaskowca trwają (choć sztucznie ociosane i podziurawione kulami przez Armię Czerwoną), drwiąc sobie z tych historycznych drgawek. Wszystko jest ogromne i wszyscy nieustannie błądzą.

Powiadają, że tu straszą duchy nazistów. Jednego z nich powiesili na oczach ludności Poznania 21 lipca ‘46 roku (dokładnie 41 lat przed datą moich urodzin). Pytają (może przez te moje białe koszule), czy ja też będę tu straszyć.
Nazistów?
Bardzo chętnie.

Zastanawiam się często, skąd przyjechał cały ten marmur i z czego biorą się w nim różowe i białe żyłki. I czy kamieniarze cierpieli – tak jak ja – na zespół cieśni nadgarstków w ramach choroby zawodowej. Miły pan z audioprzewodnika szepce mi do ucha aksamitnym głosem, że marmur i stiuk, użyty jako imitacja marmuru do naprawy powojennych zniszczeń, mają w dotyku inną temperaturę. I rzeczywiście – czuć to pod palcami. Narodowosocjalistyczne kinkiety – opowiada dalej – mają przypominać pochodnie. Nad przejściami do kolejnych pomieszczeń i korytarzy siedzą zamrożeni w płaskorzeźbach nadzy mężczyźni, właściwy cel nacjonalistycznych fantazji. Muskularni, regularni, estetyczni, zajęci dzierżeniem młotów, mieczy i kłosów zboża.

Na kolejnym piętrach matowy trawertyn (cóż to jest za słowo!), pokoje orzechowe, jesionowe, sosnowe, mahoniowe. W drzwiach widać słoje drewna, w starych kominkach tkwią dziś gniazdka elektryczne. Zwiedzamy razem dalej (ja i mój przewodnik szepczący do ucha) śladami panów w mundurach i garniturach. Apartamenty przechodnie dzielili Wilhelm któryśtam, Piłsudski, Mościski, miał być i Hitler, ale chyba nie dotarł. Nagle w całą tę scenę wdziera się kobieta w swetrze, z kubkiem czarnej herbaty odkładającej się osadem na ściankach naczynia, mówi mi „dzień dobry” i zaczyna z mozołem pokonywać olbrzymie schody. „Od tysiąca do dwóch tysięcy niemieckich żołnierzy skonało tu, kiedy zamek zamieniono na szpital polowy” opowiada przewodnik.
Czy dlatego tak źle tu sypiam i budzę się jakbym powstawała z martwych?
Czy mury mogą trzymać śmierć tak długo?

Czasami można jednak wyjść z zamku (choć nie zawsze okazuje się to łatwe). Na podwórzu mieszkają duże, uśmiechnięte, kamienne koty występujące w symetrycznych grupach, wokoło osadziły się martyrologiczne pomniki i mieszczańskie przyjemności. Miłe knajpki ze śniadaniami, teatry i dużo rogali. Poza tym są jeszcze bezdomni nocujący na przystankach (jeden z nich zawsze z czułością okrywa stopy koledze) i czarne gawrony. I jeszcze sroki z opalizującymi lazurowo skrzydłami. Kiedy przysiadają na rynnach, wyglądają jak bogato inkrustowane posążki.

Zwykły wpis
Przypowieści o transformacji, warsztaty pisarskie

Pisarskie warsztaty wrażliwości na zmianę

Od połowy października przez miesiąc będę rezydować w Poznaniu. W ramach rezydencji artystycznej Centrum Kultury Zamek poprowadzę warsztaty pisarskie za pomocą rozmaitych sposobów, które od lat testuję na samej sobie.

Świat transformuje nieustannie, ale są momenty, kiedy dzieje się to bardziej, jak transformacja ustrojowo-gospodarcza, albo gwałtowne zmiany klimatyczne. Podczas pisarskich warsztatów wrażliwości na zmianę będziemy zastanawiać się nad przeszłością, teraźniejszością i przyszłością oraz zatrudnimy narzędzia literackie i terapeutyczne do pracy biograficznej. Czyli mówiąc prościej – postaramy się nauczyć obserwować i opisywać świat tak, żeby przynosiło nam to ulgę i zrozumienie tego, co się wokół nas dzieje. Więcej informacji oraz formularz zapisów TUTAJ.

Zwykły wpis
Aleja Włókniarek, moje archiwum

Maria Przedborska. Poetka z inspekcji pracy

[EDIT: Z różnych względów zlikwidowałam swoje konto na Academia.edu, więc poniższy link jest już nieaktywny. Jeśli chcesz skorzystać z artykułu, a nie masz dostępu do „Herito”- napisz do mnie bezpośrednio: marta.madejska@gmail.com]

Dzięki uprzejmości redakcji „Herito” – dopóki nie uruchomi się nowa piękna strona internetowa kwartalnika – wrzucam na konto Academii mój tekst Maria Przedborska. Poetka z inspekcji pracy napisany do numeru 19/2019 pt. „Kobiety Europy Środkowej”.

Maria pomogła mi bardzo przy „Alei Włókniarek” i wciąż spłacam dług wdzięczności. Wiem, że wiersze i teksty Przedborskiej pojawią się też w antologiach poezji i publicystyki wydawanych przez Uniwersytet Łódzki. Na popandemiczne później zostawiam sobie ustalenie, czy studiowała i doktoryzowała się w Krakowie, Warszawie, Wiedniu czy też gdzieś w Szwajcarii.

Pozostaje już tylko ostatni problem – Maria, która najprawdopodobniej zginęła w getcie warszawskim, wciąż nie ma własnego grobu. Będę nad tym pracować.

Zwykły wpis
Przypowieści o transformacji, reportaż

Coming (not so) soon…

Od początku września rezyduję w Willi Decjusza w Krakowie, a dokładniej rzecz biorąc w sąsiadującej Willi Łaskiego, w ramach Wyszehradzkiej Rezydencji Literackiej. Spotykam w okolicy mnóstwo zakonnic i par weselnych, wymieniam się opowieściami z literatami i tłumaczkami z Węgier, Czech i Słowacji (oraz kilku innych krajów pozawyszehradzkich). Co najważniejsze – z Wydawnictwem Czarne już oficjalnie zawarliśmy umowę na stworzenie książki Przypowieści o transformacji, w której znajdą się rozdziały o chaosie archiwalnym i chaosie krajowym z lat 90., o ówczesnych i późniejszych doświadczeniach włókniarek, górników i rolniczek, o znikających lnach i jedwabiach, ale też o węglu i o suszy.

Sytuacja pandemiczna utrudnia, ale nie uniemożliwia pracy, jednak „w teren”, wyruszę dopiero wiosną. Na razie w pracy zdalnej tropię porzucone, rozrzucone, zgubione, celowo zniszczone, zapomniane i zaniedbane archiwalia. Fabryczne dokumenty personalne, odcinki płacowe, pamiętniki zbierane w konkursach, listy pisane do redakcji zlikwidowanych gazet, nagranie terenowe, pamiątki z izb pamięci – chaos nie wybierał, ogarniał wszystko. Czy to po prostu normalne zjawisko dla czasów przewrotu? Czy w wyobraźni społecznej liczyła się wtedy tylko przyszłość? Dlaczego teczki i taśmy stały się tak ważne w kolejnych dekadach i dlaczego tylko niektóre?

Nie martwcie się o Futbolistki, po dotarciu do drużyny dawnego „Kolejarza” mam sporo świetnych wywiadów, reportaż prasowy powstanie do końca roku 2020.

Zwykły wpis
Aleja Włókniarek, archiwistyka społeczna, reportaż

Futbolistki

Zaczęło się od od rozmowy z dwoma dawnymi włókniarkami opowiadającymi o rozrywkach poza pracą:

Na stoliku koło nas leżą rozrzucone fotografie z życia zakładów imienia Marchlewskiego. Ze zdziwieniem wyciągam czarno-białe zdjęcie dwóch młodych dziewczyn walczących na boisku o przejęcie piłki nożnej.

Janina: O, ja też przyniosłam zdjęcie, jak kobiety grały. – Wyciąga drugą, podobną fotografię.
Ewa: Siostra grała, ja też grałam. Ze Startem. Jak nam baty dali… Ale wygrałyśmy.
M.M.: Były żeńskie drużyny piłki nożnej? Przy Marchlewskim?
Janina: Tak. To jest mecz między tkalnią a wykończalnią.
Ewa: Ja normalnie od krosien odeszłam, żeby zagrać.
*

Od kilku lat nie daje mi spokoju, że ten wątek nie został rozbudowany w książce Aleja Włókniarek, choć zdecydowanie na to zasługiwał. Mecz ze Startem dział się w czasach, kiedy zawodowi piłkarze fasadowo zatrudnieni byli w fabrykach na włókienniczych etatach, bo takie były meandry finansowania PRL-owskiego sportu. Żaden z nich nie biegł na mecz prosto od krosien.

Mam nadzieję nadrobić te zaległości dzięki stypendium na reportaż literacki, który ukaże się w prasie. Poszukuję futbolistek, piłkarek, kobiet, które kopały piłkę w czasie PRL-u lub później – w łódzkich klubach sportowych, Towarzystwach Krzewienia Kultury Fizycznej, przy fabrykach włókienniczych czy innych zakładach pracy, na boiskach między blokami – i które zgodzą się opowiedzieć mi swoją historię.

Jeśli jesteś taką osobą lub znasz kogoś takiego – pisz proszę: marta.madejska@gmail.com

Projekt realizowany w ramach Stypendium Artystycznego Prezydent Miasta Łodzi.

*Aleja Włókniarek, M. Madejska, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2019, s. 297

Fragment artykułu z magazynu „Piłka Nożna” 1976 nr 51/52

Zwykły wpis
Przypowieści o transformacji

Notatki z kwarantanny

Na podwórku wałęsają się półdzikie koty, które zwykle rzadko wychodzą za dnia ze swojego pustostanu. Ktoś karmi je ukradkiem. Pod sąsiednim blokiem stoi młody mężczyzna i bardzo smutnym wzrokiem patrzy na gołębie. Odsuwa się i przykleja do ściany budynku za każdym razem kiedy ktoś przechodzi do śmietnika. Na takim waśnie etapie kwarantanny jesteśmy.

Tymczasem czytam kolejną gęstą książkę o polskiej transformacji ustrojowo-gospodarczej i nawet tak jakby próbuję sama napisać książkę o transformacji, nawet dostałam na to jakieś stypendium. Tylko zastanawiam się, czy ten nieprzepracowany temat warto będzie jeszcze opisywać po „tym wszystkim”, kiedy zupełnie zmieni się w głowach aktualnie najbardziej nas dręcząca katastrofa społeczna i obiekt pytania „czy dało się inaczej?”.

I czytam dużo tych gęstych książek i tak sobie myślę, serio, mogę zrozumieć uwikłania historyczne, zapóźnienia rozwojowe, światowy konsensus waszyngtoński, naciski gorliwych funkcjonariuszy Międzynarodowego Funduszu Walutowego, albo – z drugiej strony sceny – ogromną potrzebę lustracji i trzepania teczek. Ale nie wmawiajcie mi, że nie dało się mieć innych priorytetów w klasie rządzącej, bez względu na frakcję.

Poniżej znamienny cytat z książki Antoniego Dudka „Od Mazowieckiego do Suchockiej”, a tutaj link do odcinka nr 28/1991 r. Polskiej Kroniki Filmowej o złym stanie służby zdrowia.

„[Rok 1992, formuje się rząd Suchockiej. Stronnictwo Ludowo-Chrześcijańskie] miało początkowo w rządzie jedynie ministra zdrowia, którym został pediatra z Kalisza i poseł na Sejm Andrzej Wojtyła. O okolicznościach, w jakich został on ministrem, tak opowiadał Jan Rokita: >> Około czwartej rano powiedzieliśmy liderom tej partii [SLCh], żeby w ciągu godziny znaleźli w swoich szeregach lekarza. Po godzinie odpowiedzieli, że jest taki. Andrzej Wojtyła. Wszyscy się zgodzili <<. Niestety był to czwarty z kolei rząd, w którym obsadzanie resortu zdrowia wyglądało w podobny sposób”.

Zwykły wpis
Przypowieści o transformacji

Post-Industralia. Życie po tranformacji

O ruinach napisano już sporo, jeszcze więcej pokazano. Porzucone maszyny i architektoniczne skorupy są czymś namacalnym i bardzo fotogenicznym w obiektywie kamer i aparatów, w przeciwieństwie do rozpadających się lokalnych społeczności, dla których obecne “ruiny” nie tak dawno stanowiły miejsce pracy i główny ośrodek życia. Przemysł wiele im dawał, ale i dużo odbierał – przede wszystkim indywidualne zdrowie i czyste środowisko wokół. Razem z wejściem nowych inwestorów i deweloperów ruiny znikają, znika kontrast poszukiwany przez obiektyw. Zostają tylko opowieści.

Post-Industralia – transformacje” to cykl spotkań, który przygotowałam w Muzeum Sztuki w Łodzi, poświęcony przepracowaniu doświadczenia upadku dużych zakładów pracy na przełomie XX i XXI wieku w różnych miejscach Polski. Przedstawiamy projekty zajmujące się transformacją gospodarczą i wspólnotami “osieroconymi” przez zlikwidowany przemysł i uprzemysłowione rolnictwo. Skupiamy się na uspołecznionych projektach artystycznych i reporterskich ostatniej dekady, portretujących ludzkie losy, zbierających historie mówione, włączających do współpracy dawnych robotników i robotnice nieistniejących już zakładów pracy.

Próbujemy zrozumieć, co się właściwie stało w Polsce po 1989 roku, nie tylko na poziomie politycznym i gospodarczym, ale i emocjonalnym. Próbujemy zrozumieć co nas ukształtowało i skąd sami przychodzimy – artystki, badacze, dziennikarki, dzieci PGR-ów, przemysłowych centrów i fabrycznych peryferii.

Zwykły wpis
moje archiwum

_ÓDŹ _ABRYCZNA

Fot. Marta Madejska

11.12.2016

– Ja pierdolę, każdy teraz jest media – wysyczała pod nosem pani z telewizji przepychając się między gromadą ludzi wychylających się ze stopni unieruchomionych schodów ruchomych. Prawie każdy unosił lekko aparat, albo smartfona w napiętym oczekiwaniu na wjazd pierwszego pociągu, na symboliczne otwarcie nowego Dworca “Łódź Fabryczna”.

Wjechać miał punktualnie o godzinie 5:30 rano.

– Takich tłumów ten dworzec prędko nie zobaczy – podśmiewał się nieco bardziej wyluzowany pan z innej telewizji – a zobacz ilu na bani, prosto z imprez przyszło.

Fakt.

Tłum ubrany był wielowarstwowo (bo grudzień i mróz), unosiła się nad nim atmosfera uroczystej podniosłości, zapach perfum i lekko przetrawionej już wódki. Wszystko nasuwało skojarzenia z polską pasterką.

O godzinie 5:33 wyświetlacz wciąż pokazywał 5:30.

Przez ludzi na schodach zaczął się przeciskać człowiek przebrany za olbrzymiego pluszowego pączka z Dunkin Donuts.

– Mam nadzieję, że nie musi iść do toalety, pomyślałam. Starym odruchem zaczęłam obliczać odległość do najbliższej WC (setki metrów lśniących kafli) i wtedy przypomniały mi się niedawne żarty toczone ze znajomymi. To jest dworzec, który ocaliłby życie Annie Kareninie – nie zdążyłaby dobiec na peron.

O godzinie 5:35 wyświetlacz wciąż pokazywał 5:30.

I nagle zawisłam w tej dziwnej emocjonalnej przestrzeni jaką stwarza rozdźwięk pomiędzy smutkiem a ironicznym rechotem losu. Przy żartach o biegnącej przez nowy dworzec Kareninie przypomniało mi, że na (nie)tym samym dworcu złamano mi kiedyś serce.

Zabawne, że w ogóle o tym nie myślałam dopóki nie przyszło do otwarcia nowego dworca na zgliszczach starego. Kiedy tamten już dawno nie istnieje i nie jestem nawet w stanie zlokalizować, gdzie był peron drugi, na którym cierpiałam w otępiałym milczeniu (nie planując jednak rzucania się pod pociąg).

Na krótką chwilę mózg otworzył jakąś klapkę i wyrzygał melanż wspomnień – bar Bonanza, ból odrzucenia, budki z hamburgerami, neon _ÓDŹ _ABRYCZNA (czy B się jeszcze paliło?), scenę z “Przypadku” Kieślowskiego, ucisk w piersi przy gonieniu pociągu, tabory relacji Łódź-Warszawa, w których żyją całe małe wspólnoty dojeżdżających, wszystkie ciągnące się nieznośnie minuty oczekiwania na nocny autobus w zupełnie inną stronę, rozmowy z bezdomnymi, niepewność, zapach herbaty ze styropianowego kubka…

Pociąg wjechał o godzinie 5:38. Wyświetlacz wciąż pokazywał 5:30. Tysiące zdjęć i relacji telewizyjnych uchwyciły tą obiecaną, oszukaną punktualność.

Wagony wypchane jak na trasie Władysławowo-Hel. Przemówienia, których nikt nie chciał słuchać, a niektórzy mieli szczęście nie słyszeć. Okrzyki. Oklaski. Radośni rebelianci wbiegający pod prąd uruchomionych ruchomych schodów.

Obchodząc później całe nowe włości zobaczyłam pierwsze oznaczenie “Jebać ŁKS” z “K” przerobionym na Gwiazdę Dawida (puste znaczące nieświadomych klubowych źródeł kibiców). Więc już jesteśmy w domu. Ktoś zauważył, że ta ilość gładkich betonowych powierzchni jest bardzo atrakcyjna dla ludzi ze sprayem w ręce i zacięciem do oznaczania terenu. Niemal jak otwarta prowokacja.

Dopiero na powiększeniu zdjęcia w domu dostrzegłam malutki “RTS” wyskrobany pod “ŁKS”, z mniej precyzyjną gwiazdą zamiast T. Prawie remis. Jest też zgodność co do tego, że “jebać”. Przy trzydziestostopniowych upałach letnich będziemy mogli na tych betonowych połaciach rozbijać jajka i patrzeć, jak się powoli ścinają. Białko, a potem żółtko.

Tymczasem ruszyło normalne życie. Rozkład jazdy. Regionalny R 11158 ze stacji Radomsko przez Gomunice, Gorzkowice, Rozprzę. Pierwsi zagubieni podróżni. Subtelny spokój wypełnionego braku w życiu miasta.

Najbardziej żałuję, że nie udało mi się zrobić zdjęcia człowiekowi-pączkowi.

#ŁódźFabrycznaNiekomediaromantyczna

Zwykły wpis