26 listopada 2025 r. w Wydawnictwie Czarne ukaże się moja książka Ostatni gasi światło. Przypowieści o transformacji.
(Przed)premierowe spotkanie odbędzie się 21 listopada 2025 r. na Łódzkich Targach Książki o godz. 17. Dyżur autorski od godz. 18.

26 listopada 2025 r. w Wydawnictwie Czarne ukaże się moja książka Ostatni gasi światło. Przypowieści o transformacji.
(Przed)premierowe spotkanie odbędzie się 21 listopada 2025 r. na Łódzkich Targach Książki o godz. 17. Dyżur autorski od godz. 18.

Dzikie jeżyny wybijające się z bruku, wiesiołek i pionierskie brzozy, samosiejna jabłoń, wierzby i paprocie. Ruiny olbrzymiej fabryki, po której nawet przy dzisiejszych zniszczeniach widać, że była bardzo nowoczesna, kiedy ją sprzedano. Najpierw ambitnemu, angielskiemu tenisiście, który chciał robić trykotaże sportowe, ale mu się nie skalkulowało, a potem mężczyźnie z walizką pieniędzy, który po prostu pojawił się w odpowiednim momencie (a potem zniknął). Maszyny pojechały do Jordanii sprzedane podczas jednej, trzygodzinnej aukcji. Był początek lat 90. i życie okolicy miało się już na zawsze zmienić.
Złamane biografie, rozbita wspólnota, wymierająca miejscowość, wciąż tlący się żal. Wszystko to dobrze mi znajome historie, tylko tym razem opowiadane po niemiecku (z tłumaczką symultaniczną w moim w uchu), oczywiście ze wschodniej strony Muru Berlińskiego.










Ogólnie Wittstock, którego tekstylne tradycje sięgały średniowiecza, a dziś zieją pustką pofabrycznych pustostanów, jest schludnym i odpicowanym miasteczkiem (z bezrobociem i emigracją w tle). Tym bardziej odcina się ogromna (naprawdę olbrzymia) postindustrialna rana w tkance miasta. Zdewastowana jest zarówno historyczna zabudowa z XIX w. należąca do samorządu (dawni właściciele nie zgłosili się na fali reprywatyzacji), jak i wybudowany w latach 60. XX w. kombinat łączący część produkcyjną i rozbudowane usługi socjalne. Większość budynków jest już w stanie śmierci technicznej, niemożliwa do uratowania. Pochodzący z Afganistanu tajemniczy Pan Khan – mężczyzna z walizką pieniędzy – swoją nieobecnością i zaniechaniem zadbania o teren kombinatu podsyca ogień goryczy, na którym chętnie żeruje skrajna, rasistowska prawica. Pan Khan nominalnie miał się zajmować handlem suszonymi owocami, ale tak się jakoś złożyło, że w minionych dekadach różne rzeczy widywano w magazynach (łącznie z łodziami). Hale fabryczne rozpadają się opustoszałe, żadnych fruktów tam nie widać, a słychać tylko kapiącą z dziurawego dachu wodę.
„Własność jest dzisiaj w Niemczech święta”- mówi bezradnie burmistrz – „nie możemy nic zrobić”.
„Po zamknięciu fabryki straciliśmy poczucie bezpieczeństwa, straciliśmy kontakt, już nie wiemy, jak do siebie dotrzeć” – mówią dawne pracownice i pracownicy kombinatu.
Znajome straty, znajome mechanizmy rynkowe, znajomy impas władz, witajcie w globalnym świecie. Zaproszono mnie do Wittstock, żeby wnieść „zewnętrzną” perspektywę w lokalną rozmowę i jedyne, co mogłam im opowiedzieć, to jak wiele widziałam takich postindustrialnych ran. I że wiem, co czują.
W niewielkim hoteliku, w którym mnie nocowano można zjeść śniadanie z widokiem na bujne, różane kwiatostany i pofabryczne ruiny jednocześnie. Spytano mnie, jak się czuję widząc ten krajobraz. Odparłam: „Feels like home”.





***
OTB doczekało się wystawy wspominkowej w lokalnym muzeum, ale była ona tylko tymczasowa i została już zwinięta. Na stałe można się tam zapoznać z historią wojny trzydziestoletniej oraz z niezwykle intrygującą wystawą na temat… kaczki w alternatywnej historii sztuki.







Kilka dni temu wrzuciłam na FB post, który odbił się zaskakująco szerokim echem (relatywnie rzecz biorąc, jak na cokolwiek, co ociera się o historię gospodarczą). Zamieszczam go więc i tutaj w celach archiwizacyjnych.
To jest tekst, w którym usiłuję połączyć kilka kropek.
Kilka lat temu przy okazji Campus Polska ktoś z młodzieżówki „Nowoczesnej” w mediach społecznościowych okrzyknął Leszka Balcerowicza bogiem. Potem w 2021 roku LB przyjechał do Łodzi na spotkanie, na którym padły różne zdania o tym, jak to transformacja ustrojowo-gospodarcza się powiodła. Ponieważ lokalne media zareagowały na to żywiołowo i rozdzwoniły się telefony osób związanych z historią miasta, zespół Miastografu, który stworzył dosyć grubą książkę o łódzkim przemyśle pod znamiennym tytułem „Wielki przemysł, wielka cisza” postanowił napisać bardziej rozbudowaną, merytoryczną odpowiedź. W liście otwartym pisaliśmy jak poniżej (a na podkładkę pod wszystko, co piszemy naprawdę mamy raporty Najwyższej Izby Kontroli, grube pliki kwerendy wyciągniętej z archiwów i wiele godzin nagranych wywiadów):
„[…] A czymże w istocie powinna być prywatyzacja? Otóż powinien być to środek do osiągnięcia pewnych celów, a nie cel sam w sobie. […] W zamian za przekazany majątek państwo powinno otrzymać godziwe pieniądze. Nie są to stwierdzenia kontrowersyjne.
Jeśli spojrzymy na prywatyzację łódzkich zakładów pracy, okaże się, że powyższy model, choć oczywiście jest jedynie teoretyczny, nie został zrealizowany niemal w żadnym przypadku, a udane prywatyzacje potwierdzają tę regułę. Wspomniany Emanuel Savas jest autorem książki “Prywatyzacja. Klucz do lepszego rządzenia”, przetłumaczonej na język polski i wydanej w dużym nakładzie w Polsce przez Państwowe Wydawnictwo Ekonomiczne już w 1992 roku. Znajdziemy tam opis szeregu zagrożeń związanych z denacjonalizacją i praktyczne sposoby postępowania. Konfrontacja książki nieprzejednanego zwolennika wolnego rynku, Savasa z polską rzeczywistością lat 90. XX wieku może okazać się dla tutejszych doktrynerów wolnego rynku co najmniej kłopotliwa. Czy w ich oczach Savas jest więc komunistą?
[…] Naiwnością jest stwierdzenie, że uczymy się na błędach z historii. Nie oznacza to jednak, że nie należy próbować. Doświadczenie polskiej transformacji jest dość unikalne i na pewno jest to jeden z najważniejszych procesów gospodarczych w Europie ostatnich dekad. Wskaźniki gospodarcze rzeczywiście pokazują znaczącą zmianę w poziomie życia w Polsce pomiędzy rokiem 1989 a rokiem 2021. Trzeba jednak zadać pytanie: czy było do tego potrzebne 100 tysięcy bezrobotnych łodzianek i łodzian? Czy to jest ten słynny „nawóz historii”?
A może warto dociekać dalej i zapytać wreszcie: gdzie byłaby dziś Polska i gdzie byłaby Łódź, gdyby nie nastąpiła tak gwałtowna deindustrializacja i masowe zwolnienia z pracy? Co by się stało gdyby prywatyzacja została przeprowadzona skutecznie i celowo? Gdyby nie zerwano ciągłości myśli technicznej, kadra inżynierska nie wyjechała w świat, a majątek narodowy budowany przez dwa pokolenia Polaków nie przepadł? Czas najwyższy wyjść poza opowieść o czarno-białej opozycji brzydkiego PRL-u i świetlanych szans które przyniósł kapitalizm. Rzeczywistość jest bardziej złożona.
Światowy mainstream nauk ekonomicznych jest już w zasadzie zgodny, że ekonomia bez socjologii nie ma większego sensu. Pokazały to już doświadczenia Wielkiego Kryzysu. By zapobiec takim katastrofom, jak w latach 30. XX wieku, państwa ratują wielkie zakłady pracy, aby uniknąć klęski społecznej i kosztów ekonomicznych, które pociąga za sobą zdestabilizowanie życia tysięcy rodzin. Dlaczego odmówiono jakiejkolwiek pomocy łódzkim przedsiębiorstwom? Co więcej, dlaczego im PRZESZKADZANO w tym, by przestawiły się na nowe tory i zyskały konkurencyjność? I dlaczego nie mamy prawa zadawać takich pytań, jak zdawał się sugerować prof. Balcerowicz podczas spotkania na Igrzyskach Wolności? Ekonomia to żywa nauka, która zmienia się i ewoluuje, próbując tłumaczyć nam skomplikowane zjawiska zachodzące w globalnym świecie. Jeśli ktoś tkwi mentalnie w doktrynach amerykańskich z lat 70. XX wieku, to, delikatnie mówiąc, nie jest na bieżąco.[…]”
Cały tekst pt. „Spotkanie z bogiem – odpowiedź na raport o >>udanej transformacji<<„można znaleźć pod linkiem tutaj: https://www.miastograf.pl/blog/29
A teraz ostatnia kropka: w roku 2023 PiS ogłasza referendum, w którym jedno z pytań ma brzmieć: „Czy popierasz wyprzedaż majątku państwowego podmiotom zagranicznym, prowadzącą do utraty kontroli Polek i Polaków nad strategicznymi sektorami gospodarki?”. Choć kontroli żadnej nie ma, państwowych przedsiębiorstw jest obecnie garstka i zupełnie nie wiadomo, o które z nich miałoby tutaj chodzić. Ale (w polu oferowanym mi przez algorytmy) nikt się o tym nadmiernie nie rozpisuje, gdzieniegdzie tylko rzucono uwagę o próbach mobilizacji „żelaznego elektoratu”, tweety (exy) rozpala chwilowo sprawa „symetryzmu”, a za tydzień będzie to już co innego.
Dziękuję. Kurtyna.
Za którą już w kuluarach wysnuwam teorie o zarządzaniu traumą i o tym dlaczego w Polsce wciąż/znów żyjemy w latach 90. W okolicach 1992/1993 roku w uwolnionej od cenzury, choć schyłkowej już Polskiej Kronice Filmowej (istniała tylko do 1994) pojawia się powtarzane regularnie określenie „brutalizacja polityki”. Narratorzy PKF w głębokim zdziwieniu obserwowali, jak wystarczy jedna afera lub kilka teczek, żeby dyskusje o najbardziej palących społecznie kwestiach – prywatyzacji przemysłu, ochronie zdrowia czy edukacji, po prostu przestawały istnieć dla polityków i ciągnących się za nimi mediów. Dramokracja, a obecnie dzięki internetowi inbokracja, to prymarny ustrój III RP.
Na fotografii: tendencyjny obrazek łódzkich ruin pofabrycznych, które były „niewystarczająco zaradne” w okresie prywatyzacji. Nowa tkalnia Unionteksu. Fot. Wiesław Kaczmarek.

Grudniowy czas podsumowań, ostatecznego butwienia i pierwszych śnieżyc z frontów nadciągających znad topniejącej Arktyki, to dobry moment żeby powspominać minione letnie zbiory – zjawisko zdecydowanie za mało doceniane przez mieszczuchów. Wielu z moich miejskich znajomych na informację, że jadę robić rozeznanie na dożynkach reagowało zdziwieniem lub ironicznym rozbawieniem. Szczególnie zaskoczyło mnie to w przypadku osób, które miałam za jednostki światłe i pozbawione naiwnych uprzedzeń (o tym, kto jeszcze cyt. „kompletnie olewa wieś” pisała ostatnio Krystyna Naszkowska).
A przecież zanim jedzenie trafi na Inastagram zalicza kilka istotniejszych etapów wytwarzania i tak się składa, że z tymi etapami związane są w naszym kraju określone praktyki kulturowe, religijne i polityczne.
Niosę Wam więc u progu zimy wieńce dożynkowe, których być może nie doceniliście, gdy lśniły w słońcu, a także Ursusy zdobione słonecznikami, kombajny najnowszych technologii, najpiękniejsze okazy z Dnia Ziemniaka, późną kukurydzę i drewniane fletnie z Ekwadoru.





Na tegorocznych dożynkach województwa łódzkiego oraz specjalnych Dożynkach Jasnogórskich organizowanych przez NSZZ Solidarność Rolników, przemówienia przedstawicieli władz rządowych i samorządowych sprawiały wrażenie (nieraz zaskakująco sprawnej) próby uporządkowania i znarratywizowania wydarzeń ostatnich dwóch lat (pandemia, wojna w Ukrainie i jej konsekwencje). Wielokrotnie podkreślano istotność suwerenności żywnościowej kraju, poruszano problem spekulacji cenami, wyliczano narastające wyzwania zmiany klimatu: klęski pogodowe, wymieranie pszczół, susze.
Czyli z grubsza te kwestie, które dekadę temu omawialiśmy na zjazdach kooperatyw spożywczych, tylko opisywane innym językiem. Wystąpienia oficjeli wydawały się dużo bardziej przemyślane i konkretne niż w minionym roku, miały też jednak (podobnie jak towarzyszące obrzędy religijne) podnosić na duchu i wzmacniać etos pracy. Całkiem nieźle trzymały się faktów, tym razem podstawową metodą edycji nie było przeinaczenie a pomijanie – w tym, co udało mi się usłyszeć (m.in. przemówienia prezydenta Andrzeja Dudy, marszałka Grzegorza Schreibera, odczytany list od prezesa Jarosława Kaczyńskiego) ani razu eksplicytnie nie padł temat stanu wyjątkowego przy polskiej granicy z Białorusią, temat Ukrainy podnoszony był za to wielokrotnie, rolnikom dziękowano za odegranie ważnej roli w przyjmowaniu uchodźców stamtąd.

















Wśród wystawców ogrodniczo-rolniczych dominowały rozmowy o rosnących cenach węgla i drewna na opał (omawiane przy tym zazwyczaj ze spokojną rezygnacją). Najwięcej obfitości i dobrego humoru można było znaleźć jak zawsze miedzy stoiskami Kół Gospodyń Wiejskich. Nieco z brzegu takich imprez stoją zazwyczaj sekcje wojskowo-strażacka (pobór i autoprezentacja) i medyczna (dentobus, pomiar ciśnienia, profilaktyka cukrzycy etc.). Największe tłumy – również te, które nie docierają na część religijno-obrzędową – krążyły w jarmarczno-festynowych sektorach ze stoiskami (tym większymi i bardziej kosmopolitycznymi, im większa jest skala imprezy).
A tam wata cukrowa, frytki, kiełbasy, plastikowe gadżety, oliwki z Maroko, oscypki z Zakopanego, rzemiosło i rękodzieło artystyczne, czosnek pleciony w warkocze, hinduskie tuniki, fotele masujące, homeopatia, obcinacze do paznokci, sprzedawcy magicznych preparatów do mycia okien, dziewczyny z ludowych zespołów tanecznych w barwnych spódnicach i wysokich, sznurowanych trzewikach, a w Częstochowie na alei Najświętszej Marii Panny trafili się nawet muzycy z Ameryki Południowej w wielkich pióropuszach, sprzedający swoje płyty i rozmaite ozdoby. Ostatnio spotkałam ich w Poznaniu na jarmarku świętomarcińskim. Jak widać, ich fenomen ufundowany na ulicach polskich miast w latach 90. nigdy nie wygasł.







Zdjęcia z Dożynek Wojewódzkich w Radomsku (woj. łódzkie), Dożynek Jasnogórskich w Częstochowie oraz Dnia Ziemniaka w Kościerzynie (woj. łódzkie), sierpień-wrzesień 2022.
W Puszczy Białowieskiej wciąż są migrujący ludzie. Białowieża cała rozjechana rosomakami i ciężarówkami do „puszbaków” (wywożenia uchodźców ponownie na granicę białoruską). Pusta, choć zazwyczaj o tej porze roku sporo jeszcze było turystów przyrodniczych. W drodze z Hajnówki po zmroku samochody zatrzymywane są przez policyjne oddziały prewencji przewozu nielegalnych cudzoziemców (oddział ze Szczecina, wymamrał młody chłopak w polowym mudnurze). Przy słowiańskiej urodzie i pustym bagażniku można się jednak dosyć szybko przedostać dalej. Mur na granicy okładany jest właśnie koncertiną (dźwięczna muzycznie nazwa na banalny w swojej brutalności drut żyletkowy). W Teremiskach spokojnie, jakoś wręcz niepokojąco sielsko.



Bliżej innej granicy, na południu Polski, wszystko wydaje się toczyć dawnym, przedpandemicznym i przedwojennym rytmem. Sklepy, sprawy, zwiedzanie. Ponad dwugodzinna trasa w Kopalni Guido w Zabrzu turystyczną ścieżką „Mroki kopalni” reklamowana jest jako unikatowa przygoda: „Takiej ciszy nie usłyszysz nigdzie indziej. Takiego mroku nie zobaczysz nawet w najciemniejszą noc. Odważ się i zjedź górniczą windą (szolą) prawie 120 pięter w dół. Dotrzyj do najsurowszych zakamarków kopalni, dokąd jeszcze niedawno dostęp mieli tylko zawodowi górnicy. Labiryntem czarnych korytarzy pomaszeruj ich śladami”, piszą na stronie internetowej.
Jak dla mnie mogłoby się to równie dobrze nazywać „Ćwiczenia z nieistnienia – tylko ty, twoja klaustrofobia i odgłos cudzych kroków, 355 metrów bliżej jądra ziemi”. Węglowy pył wdziera się w oczy, usta, nos i uszy, ciśnienie ściska głowę, serce kołacze się w piersi. A na powierzchni czekają plastikowe gadżeciki udające węgiel.



Dawne Dolnośląskie Zakłady Przemysłu Jedwabniczego Leśna/Dolwis. Jeszcze dawniej, za czasów Marklissy – Concordia Spinnerei und Weberei Aktiengesellschaft Samsona Wollera i braci.
Lipiec 2022




















Dawne Nadodrzańskie Zakłady Przemysłu Lniarskiego „Odra” w Nowej Soli, znane również jako Fabryka Nici Odra. Jeszcze dawniej, za czasów Neusalz an der Oder – Gruschwitz Textilwerke A. G.
Lipiec 2022
























Co prawda idzie już sezon na szparagi, ale w ramach wcześniej wspomnianych porządków wyciągnęłam jeszcze notatkę z sezonu na grzyby, czyli wrześniowej wizyty w Częstochowie, gdzie przybyła pielgrzymka ludzi pracy organizowana przez NSZZ Solidarność, aby w siąpiacym, zimnym deszczu zawierzyć w opiekę Matce Boskiej siebie i ojczyznę.
*
XXXIX Pielgrzymka Ludzi Pracy na Jasną Górę, 18-19 września 2021.
Na wstępie zaznaczę, że w swojej ówczesnej kondycji zdecydowanie nie dorównywałam uczestnikom (a zwłaszcza uczestniczkom) pielgrzymki, którzy – mimo trudnych warunków pogodowych – po wzięciu udziału w większości punktów programu mieli jeszcze siłę na wieczorne życie towarzyskie (pełen program tutaj). Toteż skupiłam się na wybranych wydarzeniach religijnych odbywających się na Wałach Jasnogórskich (obok tajemniczej dla mnie inicjatywy pod tytułem „Oblężenie Mężczyzn”).
Podczas wieczornej mszy pierwszego dnia pielgrzymki biskup Jeż (w dość rozlazłej gimnastyce retorycznej) połączył w swoim kazaniu losy Antygony, ojca Kolbego, ojca Popiełuszki, internowanych w stanie wojennym oraz wszystkich osób po prostu zmagających się dziś z codziennością. To ostatnie określił mianem „białego męczeństwa” (pod naciskiem bezbożnych), w którym trudniejsze od heroicznej śmierci jest po prostu trwanie w życiu i powziętych przyrzeczeniach. Na końcu kazania, przez pasaż z Norwida (wyjęty z Jana Pawła II), dobrnął wreszcie do pracy, choć w opcji dla uprzywilejowanych:
„piękno na to jest by zachwycało do pracy, a praca by się zmartwychwstała”, a „ostateczny sens pracy polega na tym, że człowiek przemienia sam siebie”. Nasza praca – mówił – przyczynia się do tworzenia świata, jest szkołą cnót osobistych i społecznych, buduje godność, łączy ludzi, tworzy naród. Wniósł też intencje o zachowanie miejsc pracy, o wzmocnienie etosu pracy, o sprawiedliwość społeczną i ustanie pandemii, przez którą wiele ludzi na świecie straciło możliwość utrzymywania siebie i swoich bliskich. Drugiego dnia odbyła się msza w intencji pracowników Inspekcji Pracy. Obok w karetce dyżurowali ratownicy medyczni i zastanawiałam się czy i kiedy złożą swoje wymówienia. Trwał wtedy ogólnopolski strajk pracowników ochrony zdrowia, którzy często zatrudniani są wyłącznie na umowach zlecenie i należą już do zupełnie innego „świata pracy” niż dawni etatowcy z Solidarności.
Te oficjalne msze miały podobną cechę do tej, którą opisywałam w poście o dożynkach wojewódzkich – rozmaici oficjele witani byli z imienia i nazwiska (garnitury, kwiaty, ornaty, uściski dłoni), natomiast „ludzie pracy” na ogół wymieniani byli na końcu tych serii, ogólnie, bezimiennie.
W ciągu dnia wokół pielgrzymujących krążyły nieśmiało osoby w kryzysie biedy i/lub bezdomności z prośbą o wsparcie. Mnie zaczepił pan, który ma 800 złotych emerytury i szósty miesiąc czeka na badanie kręgosłupa. Opowiedział, że jak kręcili pod Jasną Górą „Potop” to brakowało śniegu i Hoffman kazał rozsypać w parku naftalinę, której smród falował długo w okolicy, a potem o tym, jak to się stało, że po kilku dekadach pracy jako strażak w zakładzie przemysłowym, skończył z tymi ośmioma stówami na miesiąc i bardzo krępującą dla niego koniecznością proszenia obcych ludzi o pomoc. Tymczasem niezwykle radośni klerycy śpiewali do Ducha Świętego „bądź jak ogień w moim ciele, bądź jak ogień w duszy mej, rozpal mnie”.
Nad horyzontem miasta oprócz iglicy jasnogórskiego kościoła górują wciąż jeszcze pofabryczne kominy, choć fabryki już zamknięte, przeznaczone pod wyburzenie, może na galerie handlowe. Aleja Najświętszej Marii Panny usiana jest (gęsto i kosmopolityczne) sushi, kebabami, pierogami i pizzą, a na lokalnym ryneczku można jesienią kupić miechunkę i świeżutkie rydze.


Przed wyjazdem wybrałam się na spacer w kierunku dawnych Częstochowskich Zakładów Przemysłu Wełnianego Elanex. To pokaźny, zabytkowy kompleks fabryczny z przełomu XIX i XX wieku, założony przez francuskich przedsiębiorców z Lyonu, otoczony budynkami mieszkalnymi. Zakłady przestały działać na początku XXI wieku, upadając pod ciężarem kryzysu w przemyśle lekkim. Obecnie można tam znaleźć pionierskie brzozy wyrastające spomiędzy cegieł, firmy wynajmujące pofabryczną przestrzeń, a także schronisko św. Brata Alberta (więcej o tej historii tutaj).
Natomiast w okolicznych murach, pomiędzy napisami rozmaitej treści, można napotkać takie perełki, jak odciski skamielin z zupełnie innych tysiącleci życia na tej Ziemi.







W ramach weekendowych porządków i autoterapeutycznej krzątaniny wyciągnęłam materiały zebrane podczas sierpniowych dożynek wojewódzkich w Rogowie. Poniższa notatka jest więc sporo spóźniona, ale za to multimedialna.
*
22 sierpnia 2021, dożynki województwa łódzkiego.
W dniu dożynek wojewódzkich Rogów miał płoty ustrojone bukietami z pszenicy, kukurydzy i nawłoci, gdzieniegdzie poustawiano płotki z wiotkich brzozowych gałązek. Obchody otwierała msza święta prowadzona przez arcybiskupa Rysia, który nawoływał: „Z tej samej miłości, z której zrodziła się wasza praca niech zrodzi się nasza modlitwa”.
Co uderzające, zarówno podczas mszy, jak i świeckiego otwarcia obchodów, z imienia i nazwiska wyliczani byli zaproszeni posłowie, senatorowie, oficerowie, wojewodowie, przewodniczący, radni, starości, prezydenci, wójtowie i burmistrzowie. Natomiast rolnicy wymieniani byli zawsze na końcu, zbiorowo i bezimiennie. Zresztą ta świecka i najbardziej polityczna część została zignorowana przez większość uczestniczek i uczestników mszy, którzy zaczęli masowo odpływać ku muzyce, jedzeniu i konkursowi orki.
Pachniały chleb, miód i śmietana. Osy krążyły nad drożdżówkami z kruszonką i stoiskami z watą cukrową. Było mnóstwo plastiku, trochę rękodzieła, militaria i mobilny punkt szczepień na covid, nieprzerwany strumień ludzi ciągnął się między stoiskami i dwiema scenami. Zaprawdę warto było w liceum jeździć na Przystanek Woodstock żeby przygotować się na to doświadczenie.
Drugą najbardziej uderzającą (mnie przynajmniej) kwestią była aranżacja scen. Zespoły ludowe ginęły wizualnie i dźwiękowo na dużej scenie głównej z telebimami i szeregami głośników oczekujących na wieczorne występy Cugowskiego i Zakopower. Mężczyźni z bębnami w wysokich kozakach i dziewczyny ze skrzypcami w tradycyjnych regionalnych, wełnianych spódnicach w pasy (pot spływał im po twarzach strumieniami) grali transowe oberki, których rytm jakoś nie wydawał się dotykać dusz wśród publiczności ustawionej sztywno przy barierkach. Z rzadka tylko ktoś potupywał nóżką. W muzyce ludowej taniec wydarza się, kiedy muzycy są blisko.
Sceny otoczone były rzędami namiotów Kół Gospodyń Wiejskich, w których gęsto i obficie wystawiono przysmaki biorące udział w konkursie: prażuchy z zsiadłym mlekiem, zupa porowa z pulpetami, kaczka faszerowana podawana z nadziewana cebula, kartoflanka, pyzy ziemniaczane okraszane, paszteciki z soczewicą, swojski barszczyk z kotlecikami z ryżu i chleba, zupa grzybowa z kluseczkami, kluski żelazne ze smażonką, kapusta duszona, zupa chrzanowa, zalewajka, czernina z łazankami, sery łowickie, sernik z obsadzonego mleka (cokolwiek to jest), sernik z malinami, drożdżówki ze śliwkami i wiśniami, jabłecznik, ambrozja drobiowa z przecierkami w sosie żurawinowym, placki i pączki ziemniaczane, pierogi pieczone i barszcz, cepeliny z kapustą zasmażaną, świeżonka, chłodnik, kaszanka, zupa grzybowa, kluseczki na parze z jagodami, karp faszerowany, rogaliki, kapusta z grochem, makiełki, zupa krem z dyni, cała paleta twarożków, plyndze z sosem kurkowym, kotlety z kapusty białej, sałatka z tuńczykiem, gulasz z kurkami, tort czekoladowy, kutia, ciasto ze śliwkami na maślance, gołąbki, zupa grzybowa z kaszą po łowicku. Uff.
Kiedy czekałam na pociąg regionalny, który tego dnia kursował bezpłatnie między Łodzią a Rogowem, dwie starsze kobiety obok mnie rozmawiały o Afganistanie, Kabulu, talibach i ubezwłasnowolnieniu kobiet (a także o tym, jak bardzo zmęczone są stylem polskiej debaty publicznej). To był czas, kiedy na granicy z Białorusią przetrzymywano uchodźców, między innymi z rzeczonego Afganistanu, i od kilku dni odmawiano im pomocy prawnej czy nawet medycznej. Straż graniczna nie przepuściła nawet osób, które chciały dostarczyć im żywność.










Poniżej karuzela łabędzia i dźwiękowy mush-up z tych dożynek.
Już od prawie dekady robię kwerendę w Polskiej Kronice Filmowej oraz późniejszych post-PKF-owych notacjach i co jakiś czas jest to zupełnie nowa przygoda, bo w tle potyczek archiwistycznych toczą się rozgrywki prywatyzacji i praw autorskich, znikających i powstających stron internetowych z katalogami, tworzonych i likwidowanych instytucji, zbiorów przekazywanych do innych instytucji, które twierdzą, że ich nie mają etc. etc. etc. Natomiast samo doświadczenie oglądania odcinków z lat 90. pozostaje niezmiennie wciągające i przez lata zastępowało mi wszystkie platformy streamingowe razem wzięte.
I tak na przykład w nr 8 z 1993 roku mamy sejmowe przepychanki budżetowe („budżet złudnych obietnic i destabilizacji”) oraz niszczenie grobów (również wciąż u nas aktualne, choć dzisiaj w trendach są raczej pożydowskie). Zaraz po tych politycznych i dramatycznych materiałach, a przed rozdziałem „Czar kabla” („ja jestem człowiek wolny i ja chcę to co chcę znaleźć”), następuje czysto poetycka notacja, w której ścieżka dźwiękowa seansu hipnotycznego poświęconego rzucaniu palenia podłożona jest pod wyłapane w przestrzeni miast reklamy znanych marek papierosowych – czyli ten upragniony kolor, który wdzierał się w awangardzie kapitalizmu na szare po-PRL-owskie mury – obok (niezbyt wesołych, ale wciąż szukających nadziei) twarzy palących obywateli i obywatelek III RP.
Proszę się odprężyć
Całe ciało w pełnym luzie
Będzie pani relaksować poszczególne części ciała
Zaczynamy od głowy
Odpręża pani czoło
Czoło jest odprężone
Zrelaksowane
Odpręża pani teraz mięśnie policzków i mięśnie ust
Zęby są niezaciśnięte
Zaciśnięte zęby powodują
naprężenie mięśni w pozostałych częściach ciała
W okolicy serca, pod mostkiem, robi się ciepło
Ciepło rozchodzi się po barkach
Wchodzi do barku prawego i barku lewego
Odpręża pani teraz lewe ramię
Obie ręce, klatka piersiowa, są odprężone
Odprężenie schodzi w dół
Niech pani sobie wyobrazi, że jest pani
w bardzo pięknej okolicy
Jest tam świeże powietrze, piękna pogoda
Tak jest tam pani dobrze, że nie chce się pani
nic
A przede wszystkim nie chce się pani palić
Papierosy są zupełnie obojętnie
Absolutnie obojętne
W procesie palenia papierosów bierze przede wszystkim
udział pani podświadomość
To ona jest siedliskiem pani przyzwyczajenia
To w niej tkwi pani nałóg